“Tiger” – fragment

1
ALEKS
Siedziałem w samochodzie i patrzyłem na piękny, wypięty w moją
stronę tyłeczek w obcisłych dżinsowych szortach. Idealny – kształtny,
w doskonałych proporcjach w stosunku do talii. Czekający na moje
dłonie, a może i fiuta? Rozmarzyłem się. Wziąłbym ją od tyłu, od razu
głęboko, a ona by jęczała w spazmach. Aleks, jeszcze, Aleks, mocniej.
Mój kutas natychmiast stwardniał. Dotknąłem spodni, już prawie
przymknąłem oczy…
Nagle obiekt moich fantazji poruszył się. Dziewczyna wyprostowała
plecy i wstała z kolan. Wciąż tyłem do mnie krzyknęła coś w stronę
zbliżającego się do niej faceta. Niósł wielką donicę z jakimś zielskiem.
Kurwa, prawie doszedłem gapiąc się na tyłek swojej podwładnej. No
dobra, nie całkiem mojej, bo pracowała w firmie przywracającej do
dawnej świetności nasz ogród. Ale i tak byłem idiotą.
Szybko się rozejrzałem. Na szczęście nie było świadków mojej głupoty,
bo wszyscy ludzie kręcący się wokół zajmowali się tym, czym
powinni – czyli pracą.
Westchnąłem z ulgą. Teraz musiałem jeszcze chwilę poczekać, aż
mój twardziel zmięknie zanim wysiądę z samochodu. Z zażenowaniem
spojrzałem na biedną dziewczynę. Pokręciłem głową. Potem
przeniosłem wzrok na przedwojenny budynek przy którym zaparkowałem.
On był najważniejszy.
Mimo rusztowań stojących z każdej strony, kontenerów z gruzem,
stosów materiałów budowlanych zajmujących sporą część otaczającego
go ogrodu – i tak robił wrażenie. Piętrowa bryła o perfekcyjnych
proporcjach, której lekkości dodawał półokrągły taras i balkon
połączony z nim smukłymi kolumienkami.
Obserwowałem wszystko z dumą. Owszem, w samym zdobyciu tej
willi nie było mojej zasługi, bo to Jonatan, mój najlepszy przyjaciel
i wspólnik wygrał ją w pewnym perfekcyjnie zaplanowanym zakładzie.
Ja jednak stałem się odpowiedzialny za jej remont i adaptację na
najlepszy w tej części Europy seksklub. I szło mi kurewsko świetnie
– otwarcie przybytku było planowane lada moment, a ja skutecznie
dbałem o to, by nie było ani jednego dnia opóźnienia.
Swoją drogą, nigdy nie sądziłem, że taka aktywność może mnie
kręcić. Do tej pory, jako zarządzający bezpieczeństwem w naszym
koncernie, zajmowałem się ochroną – nas i naszych interesów. A potem
nagle, z dnia na dzień, stałem się budowlańcem. Ale musiałem
przyznać, że przekształcanie śmiałych wizji w rzeczywistość, obserwowanie
szybkich i namacalnych zmian zachodzących dzięki moim
decyzjom, było fascynujące. Budynek piękniał z dnia na dzień, a ja
czułem realny wpływ na jego rozkwitanie.
Westchnąłem i w końcu wysiadłem z samochodu. Kiedy szedłem
przez podjazd, kontrolnie zajrzałem do dwóch kontenerów, a potem
wszedłem do środka. Hol, mimo panującego tu bałaganu, już mógł
oszałamiać – przepięknie doświetlony ogromnymi oknami, ze wspaniałą
przedwojenną posadzką, sprowadzoną przeze mnie z wyburzanego
pałacyku na Ukrainie. Nie mogłem się już doczekać chwili, kiedy
wszystko będzie gotowe, a ja zobaczę w końcu ostateczny efekt
swoich działań.
– Szefie! – usłyszałem głos dobiegający z bocznych drzwi.
– Dzień dobry, panie Andrzeju.
Przede mną stanął zdyszany mężczyzna. Na pokaźnym brzuchu
opierał trzymaną w rękach teczkę.
– Znowu jest problem. Te klatki na dole się nie zmieszczą, a na
piętrze coś znaleźliśmy pod tynkami.
Klepnąłem go w ramię.
– Najpierw dół.
Skręcało mnie z ciekawości, by zobaczyć, co ten stary dom przed
nami odkrył, ale wołałem na razie ogarnąć bardziej prozaiczne tematy.
Choć po minie szefa ekipy widziałem, że to co dla mnie zwykłe
i normalne, niekoniecznie takie jest dla wszystkich. Kiedy zaczęliśmy
schodzić w dół, do piwnic, mamrotał pod nosem:
– To nie jest normalne i dlatego się nie mieści. Klatki, mówiłem, to
chore. Kto to wymyślił?
Byłem już przyzwyczajony do jego gadania. Ogromnie go szanowałem
jako fachowca i doceniałem, że szef jednej z najlepszych ekip
budowlanych w tym kraju, z terminami zajętymi na dwa lata do przodu,
góral hołdujący tradycyjnym wartościom, jednak zdecydował się
pracować przy budowie seksklubu. Jasne, pieniądze które mu zaproponowaliśmy,
miały ogromne znaczenie, ale podejrzewałem, że nie
tylko o to chodziło – potrzebował wyzwania, a nasz projekt na pewno
czymś takim był.
Gdy zeszliśmy na dół, najpierw przez kilka minut oglądałem postęp
prac w poszczególnych pomieszczeniach. Byłem zaskoczony, jak niewiele
już tu zostało do zrobienia. Wszystkie pokoje piwniczne były
przeznaczone dla miłośników ostrzejszych klimatów, głównie BDSM.
Znajdowało się tu więc dużo pasujących do tego konstrukcji – belek,
krzyży czy ogromnych łóżek ze sprytnie wymyślonymi zintegrowanymi
dybami i klamrami do przypinania niewolników. Przy jednym
z nich zatrzymałem się. Z uznaniem spojrzałem na dreptającego za
mną pana Andrzeja.
– Natasza będzie zachwycona!
– Nie będzie, ino jest. Była tu wczoraj, uwag nie miała. Ale te klatki…
– Zdegustowany kręcił głową.
– Dobra, idę zerknąć.
Przeszedłem do kolejnego pomieszczenia. Tu też praktycznie
wszystko było gotowe, za wyjątkiem wspomnianych konstrukcji. Natasza
uparła się, by część z nich była wolnostojąca i mobilna, a trzy
miały być wmontowane w ścianę.
Pan Andrzej z ekipą narzekał nie tylko na konieczność pracy z metalem
– byli góralami, specami od drewna, ale i na samą ideę – wiele
z planowanych w budynku rzeczy akceptował, choć dla przeciętnego
człowieka były szokujące – jak na przykład wielkie wieloosobowe
łoże na piętrze. Ale przy cholernych klatkach wymiękał, już po raz
kolejny.
Nie wiem, czy myślał, że jego marudzenie wpłynie jakoś na decyzje
Nataszy, czy robił to wyłącznie po to, by mieć mniejszy moralny
zgrzyt w związku z realizacją zlecenia. Ale faktem było, że te klatki
najbardziej go bolały.
– Tego się nie da i koniec – usłyszałem. Pan Andrzej pokazywał mi
właśnie pręty, które miały być wpuszczone w mur.
– Musi się dać. – Podszedłem bliżej. – Tu musicie skuć, zgodnie
z planami, i wtedy bez problemu to zamocujecie. – Pokazałem gestem,
co mam na myśli.
– Ale to się nie godzi! Jak tak można? Człowieka? – znowu zaczął
swoje narzekania.
– Człowieka, który sam tego chce. Lubi pan Nataszę, prawda? –
Znowu spróbowałem wziąć go pod włos. – Jak pan myśli, czy kiedykolwiek
zrobiłaby komuś krzywdę?
– Dyć, że nie. Pani Natasza to anioł.
– No właśnie. A jednak bije swoich niewolników pejczem, zamyka
ich w klatkach, czasem nawet razi prądem. A oni są zachwyceni i niekiedy
naprawdę dużo płacą za to, by ich tak potraktować.
Facet przez moment miał minę, jakby z trudem powstrzymywał się
przed zatkaniem uszu i nuceniem pod nosem – jak przedszkolak.
– Sodoma i Gomora, na co mi przyszło! – mamrotał.
– Nie, radość życia po prostu. – Zaśmiałem się. – Choć tego akurat
ja też nie rozumiem. – Pochyliłem się przed jedną z klatek i aż wzdrygnąłem
na myśl o siedzeniu w czymś takim. – Ale nie ma sensu się na
tym zastanawiać. – Wyprostowałem się i poklepałem go po plecach.
– Trzeba zrobić tak, żeby kobieta była zadowolona, i tyle. Po to jesteśmy,
nie?
– Ja to wolę baby zadowalać inaczej – od razu zmienił ton, choć
jeszcze był naburmuszony. – Tam na górze to jeszcze idzie zrozumieć,
choć i tak się z tego wyspowiadam. Ale to…
– No to chodźmy na górę. – Postanowiłem skorzystać z okazji
i zakończyć drażliwy temat. Obejrzałem jeszcze wymyślone przez
Nataszę skomplikowane mechanizmy paneli służących do zmiany
wystroju tych wnętrz i kolejny raz połechtałem ego pana Andrzeja. –
Perfekcyjnie zrobione – powiedziałem z uznaniem.
– A jak pan myślał! – obruszył się. – Góralska robota, a nie jakaś
fuszerka.
– Wiem. – Po raz kolejny pogratulowałem sobie w myślach zatrudnienia
tego człowieka. Trochę się wahałem, bo nijak nie pasował mi
do takiej inwestycji, ale dałem się przekonać znajomemu architektowi,
który wspomagał nas przy tym projekcie.
Paweł sam był z Podhala i zarzekał się, że nikogo lepszego nawet
za granicą nie znajdziemy. Miał rację, początkowo nawet ja nie wierzyłem,
że da się zrobić taki remont w kilka tygodni, ale przy tej ekipie
zmieniłem zdanie.
Na górze pośmiałem się chwilę ze „znaleziska” odkrytego w ścianie
– nieduże pudełko, a w nim owinięte szczelnie folią cztery paczki
przedwojennych papierosów. Kosmos, tym bardziej, że robotnicy zapytali,
czy mogą ich spróbować. Wolałem się stamtąd zmyć.
Rzuciłem jeszcze kilka pochwał, a potem wycofałem się do swojego
gabinetu. Zamknąłem drzwi i opadłem na specjalnie dla mnie
sprowadzoną z Danii kanapę w kolorze ostrego pomarańczu. Wziąłem
głęboki oddech. Byłem dumny ze swojego dzieła.

2
ALEKS
Leżenie i zachwycanie się swoimi dokonaniami przerwało mi
szarpnięcie klamki. Do gabinetu wszedł Jonatan.
– Nie za bardzo się obijasz?
– Bez jaj. – Spojrzałem na przyjaciela. – Wszystko idzie zgodnie
z planem, perfekcyjnie. Zresztą sam pewnie widziałeś.
– Tak. Myślę, że jakimś cudem zdążymy na czas.
– Ależ to będzie impreza! – Przymknąłem na moment oczy. Wyobraziłem
sobie otwarcie klubu – hedonistyczny wieczór pełen ekstremalnych
doznań. Rozbudzająca zmysły atmosfera, piękne kobiety,
silni mężczyźni, emocje, jęki wibrujące w powietrzu i wszechobecne
pożądanie. Poczułem nagły przypływ podniecenia. Dotknąłem krocza
i poprawiłem ułożenie penisa w spodniach.
– Nie podejrzewam cię, żebyś był aż tak wyposzczony. – Jonatan
uśmiechnął się krzywo.
– Ja? Może trochę. A co u Inez? – zapytałem go o jego drugą połówkę.
Poznał ją niedawno i bardzo szybko się zaangażował – jak nie on.
Nigdy nie był w tego rodzaju relacji z kobietą. I chyba jeszcze żadnej
tak bardzo nie zależało na nim – poznali się jako wrogowie, ale szybko
stali się partnerami w życiu i parą dominujący – uległa w seksie.
– Świetnie. Inez powoli przygotowuje remont swojej willi. No
i planuje wielkie otwarcie naszego klubu. – Rozejrzał się po pomieszczeniu.
– Może ty też byś się ustatkował? Polecam. Nie sądziłem, że
kiedykolwiek to powiem, ale życie z drugą osobą jest całkiem przyjemnym
doznaniem.
Skrzywiłem się. Niepotrzebnie przypomniał mi o tym, co mnie od
jakiegoś czasu gryzło. Sparowanie się – i jego, i Nataszy – sprawiło,
że już tylko ja z naszej trójki kisiłem się w singielskim bagnie. No
dobra, Natasza na razie była w fazie skłócenia ze swoim ukochanym,
ale wiedziałem, że prędzej czy później się pogodzą. Więc tak czy siak
– zostawałem sam na placu boju.
A dodatkowo od jakiegoś czasu próbowałem rozstrzygnąć pewien
dylemat – odwiedzić swoją dawną miłość, czy nie? Wracać do emocji,
które na długi czas odebrały mi chęć do życia, czy znowu je głęboko
zakopać? I nie chodziło tylko o żal, jaki czułem do Julki. Rzecz
w tym, że mogła potrzebować mojej pomocy, a ja nie umiałem zmierzyć
się z powrotem do przeszłości.
Dawno temu rzuciła mnie – po krótkiej wspólnej przygodzie ze
służbami specjalnymi. Nasza jednostka wróciła dość poharatana
z pewnej źle przygotowanej akcji. Do mnie dotarło, że nie chcę w tak
głupi sposób tracić zdrowia czy życia, a z nią było wręcz przeciwnie –
postanowiła wstąpić do GROM-u i jeszcze częściej jeździć na misje.
I wtedy, i dziś miałem do niej pretensje, że wybrała realizację swoich
ambicji zamiast mnie – cudownego wszak faceta, idealnego dla niej.
– Co się dzieje? – Jonatan zauważył, że coś mnie gryzie.
– Nic. – Pokręciłem głową. Nie miałem zamiaru dzielić się z nim
takimi rozterkami. Jonatan co najwyżej by mnie opieprzył, raczej nie
nadawał się do marudzenia i bardziej filozoficznych rozkminek.
– Chciałeś o czymś pogadać – spróbowałem zmienić temat. Domyślałem
się, że nie pojawił się tu w środku dnia, w czasie, kiedy powinien
być w biurze, tak zupełnie bez powodu.
– Znowu pieprzony Dawid.
– Co tym razem?
– To co zwykle? – Spojrzał na mnie oburzony. – Znowu gdzieś wyciąga
Oliwię, a ona jedzie, choć widzę, że ma coraz mniejszą ochotę
na spędzanie z nim czasu.
– Też miałem ostatnio takie wrażenie. On coś na nią ma? Bo zaczynam
podejrzewać, że najchętniej by się dziewczyna z tej relacji
wymiksowała.
– Próbowałem z nią rozmawiać, zbywa mnie.
– A Natasza? Babkom zawsze łatwiej się dogadać.
– Pytałem. Tylko głupio się uśmiechnęła. Mam wrażenie, że jeszcze
nie jest sobą, że Drwęcki za mocno ją rozprasza. Muszą się wreszcie
pogodzić.
– Wtedy będzie z nią jeszcze gorzej, sam to powinieneś wiedzieć
najlepiej. – I znowu temat zmian w ich życiu wrócił. Pieprzone związki,
miłosne gniazdka i inne gówna. Wychodzi na to, że tylko ja zostałem
tym, kim byłem. – Może ja pogadam z Oliwią? Przynajmniej
spróbuję? – powiedziałem.
– Bardziej nadajesz się do rozmowy z tym gnojkiem.
– I co? Postraszę go? Już to roztrząsaliśmy, w ten sposób nic nie
osiągniemy. Jeśli masz rację i Oliwia z jakiegoś powodu jest zmuszona,
albo czuje się zmuszona, by z nim być, to straszenie go nic nie da.
– Przekupstwo też nie.
– No nie. Kurwa, o co z tym kolesiem chodzi?
Obaj się zamyśliliśmy. Do tej pory zawsze udawało nam się znaleźć
rozwiązania naszych problemów – nawet jeśli chodziło o sprawy
dużego kalibru, z więzieniem, szantażami i mafią w tle. A nie mogliśmy
poradzić sobie z niewiele od nas młodszym lowelasem, który
wykorzystywał i prawdopodobnie krzywdził młodszą siostrę Jonatana.
I moją właściwie też, bo zawsze tak właśnie traktowałem Oliwię.
No dobrze, prawie zawsze. Nigdy bym się do tego głośno nie przyznał,
ale czasem zdarzało się, że ta dziewczyna budziła we mnie czysto
damsko-męskie pragnienia. Wyłącznie jednak w sferze snów i irracjonalnych
wizji, bo była przecież owocem zakazanym. Tym bardziej
jednak czułem determinację, by uwolnić ją od tego typa.
– Trudno mi uwierzyć, że nawet Miłosz nic nie znalazł. – Nasz spec
od komputerów od tygodni grzebał w życiu i sprzęcie tego człowieka.
– Jon, a może Inez byś poprosił? Miłoszowi będzie przykro, ale
już udowodniła, że jest lepszą hakerką – nawiązałem do początku ich
znajomości, kiedy ukochana Jonatana włamała się do teoretycznie hiper-
bezpiecznego systemu komputerowego naszej firmy.
– Inez? – Jonatan zamyślił się. – W sumie nie przyszło mi to do
głowy.
– Bo ostatnio myślisz głownie nim, a nie tym. – Znacząco spojrzałem
na jego krocze i jednocześnie postukałem palcem w skroń.
– Masz rację, poproszę ją, żeby jeszcze raz wszystko sprawdziła.
Ale ty też podziałaj. Mówiłeś, że Karl może się jeszcze czegoś dowiedzieć.
– Miał popytać ludzi i da znać. Tylko wiesz, nie mamy żadnego
punktu zaczepienia. Narkotyki, czyli pierwsze co nam przyszło do
głowy, odpadły.
– Na szczęście.
– Na szczęście – powtórzyłem. – Nie wiem, co ten pieprzony koleś
mógłby mieć jeszcze za uszami. Gdyby zdradzał Oliwię, to chłopcy
by coś zauważyli. Chodzili sporo za nim.
– Poza tymi kilkoma wyjątkami, kiedy im się wywinął – skwitował
Jonatan z krzywą miną.
– Daj spokój, nie spodziewali się, że koleś tak potrafi zniknąć. –
Broniłem swoich ludzi.
– Więc tym bardziej to niepokojące, przecież wiesz.
– Dobra, wrócę do tematu – powiedziałem. – Tym razem już sam
przypilnuję gnojka. Tylko jeszcze muszę załatwić jedną rzecz. – Przypomniałem
sobie, co mnie gryzło.
– Co? – Jonatan spojrzał na mnie podejrzliwie.
– Może ci kiedyś opowiem. – Mrugnąłem do niego. – A na razie
chodź, pokażę ci jeszcze twoje królestwo. – Podniosłem się. – Meble
na razie nie przyjechały, ale już podobno są na cle.
Jonatan aż zatarł ręce. Nie dziwiłem mu się. Wyposażenia swojej
części willi – dla miłośników lżejszego niż u Nat klimatu BDSM –
wyszukiwał na całym świecie. W końcu znalazł producenta w Czechach
i we Francji – zamówił meble z pięknego starego drewna i już
nie mógł się doczekać, kiedy je zobaczy na żywo.
– Dam ci znać, kiedy przyjadą – powiedziałem, gdy wyszliśmy na
korytarz.

3
ALEKS
Po rozstaniu z Jonatanem poustalałem jeszcze kilka szczegółów
z szefem ekipy budowlanej, a potem powoli zszedłem na parter. Nie
miałem ochoty opuszczać tego miejsca, które już, choć było wciąż zabałaganione,
zakurzone i po prostu nieskończone, pokochałem. Willa
miała swój klimat i niezależnie od tego, czym miała być – domem
rodzinnym, seksklubem, czy budynkiem biurowym – potrafiła urzec
swoim klimatem i historią, o której opowiadał każdy załom w murze,
cegła czy gzyms.
W końcu jednak musiałem się zmobilizować. Poza willą miałem
swoje obowiązki – jako odpowiedzialny za bezpieczeństwo dużego
koncernu oraz jako Aleks. Skoro coś mnie gryzło, musiałem wreszcie
rozprawić się z tym tematem. Postanowiłem jednak, że zanim wyruszę
na spotkanie z przeszłością, porozmawiam jeszcze z przyjaciółką.
Zadzwoniłem do Nataszy, ale nie odebrała telefonu. Sprawdziłem,
czy była w biurze – niestety nie. Uznałem, że pewnie jest w swoim
studio i ma jedną z sesji, które regularnie odbywała jako jedna z najlepszych
polskich domin. Od razu z Konstancina pojechałem na Żoliborz.
Chwilę czekałem, aż Natasza otworzy mi bramę. Mogłem skorzystać
z kodu dostępu, które, jako szef ochrony, miałem do wszystkich
naszych nieruchomości. Nie chciałem jednak zaskoczyć Nataszy, miałem
świadomość tego, że w czasie sesji nie powinienem jej przeszkadzać.
Jednak nie mogłem już zwlekać z tą rozmową. Byłem praktycznie
przekonany, że muszę pojechać do Julki, i to dzisiaj. Potrzebowałem
tylko potwierdzenia od kogoś, kto znał całą sytuację i mógł upewnić
mnie co do słuszności moich planów. Albo powstrzymać przed zrobieniem
głupoty.
Wszedłem do środka, a potem małym korytarzem do większego
pomieszczenia. Zatrzymałem się w drzwiach.
– Ale ty masz, do cholery, wyczucie chwili! – Natasza, owinięta
tylko w narzutę, od razu na mnie naskoczyła.
Minąłem ją i zajrzałem do gabinetu. Tam zobaczyłem Iwa Drwęckiego
– byłego policjanta, do niedawna naszego wroga, a teraz jej
partnera – chyba? – i wkrótce mojego podwładnego. On krzywo się
uśmiechał i dopinał spodnie. Kurwa, znowu im przerwałem? Ale to
oznacza, że się pogodzili? Tak szybko? Poza tym, czy muszą się parzyć
jak króliki, gdziekolwiek są?
Potem jednak się zreflektowałem – ostatnio przyłapałem ich na mojej
pięknej sofie w konstancińskiej willi. Teraz przynajmniej Natasza
jest na swoim terenie, więc to ja powinienem czuć się niezręcznie, jak
intruz. Ale miałem to w dupie. Ważniejszy był mój cel – porozmawianie
z Nataszą. Wszystko inne nie miało w tej chwili znaczenia.
– Czego chcesz?
– Muszę z tobą pogadać, chodzi o Julę. – Zaplotłem ręce na klatce
piersiowej.
Moja przyjaciółka po chwili ciszy westchnęła. Spojrzała na Iwa.
– Daj nam parę minut.
Skinął głową i wyszedł do ogrodu.
– Chodź. – Natasza popchnęła mnie w kierunku swojego gabinetu.
Tam usiedliśmy w fotelach.
– Rozumiem, że już okej? – Byłem ciekawy, jak wygląda sytuacja
między nią i Iwem.
– Mów, o co chodzi. – Natasza zignorowała moje pytanie.
– No dobrze. – Pokręciłem głową. – Więc Jula. Mam adres i generalnie
wszystko. Niby wiem, co powinienem zrobić, ale boję się, że…
– Czułem się ze swoimi rozterkami jak jakiś pieprzony cienias.
– Że tego nie udźwigniesz? Że niepełnosprawna dziewczyna na
wózku będzie od ciebie chciała więcej niż możesz jej dać?
– Właśnie… A wiesz, co jej się stało? Misja w Iraku, najechali na
minę. Straciła nogę, drugą ledwo uratowali.
– Więc na pewno może potrzebować pomocy. Najlepsze protezy
potrafią kosztować fortunę.
– Tak. Ale ja się cały czas waham, jak to zrobić, żeby się nad nią
nie litować. To znaczy, żeby ona tego tak nie odebrała. Albo żeby nie
myślała, że coś w zamian chcę.
– A chcesz?
Normalnie odpowiedziałbym „no coś ty!”. Ale Nataszy nie było sensu
oszukiwać. Zresztą – byłem tu po to, by poukładać sobie wszystko
w głowie, a kłamstwa czy przemilczenia na pewno w tym nie pomogą.
– Nic od niej nie chcę, poza potrzebą zamknięcia tematu.
– Jesteś pewien? A jeśli dawne emocje i uczucia wrócą?
Spojrzałem na nią zaskoczony. Czy ona pyta o potencjalne moje ponowne
zakochanie się w Julii? Już chciałem odpowiedzieć „bez jaj”,
jednak dałem sobie jeszcze moment na rozkminki. Kochałem ją, ale
to było lata temu. Zraniła mnie, bardzo, i trochę trwało zanim o niej
zapomniałem. Czy to mogło wrócić? Oczywiście, w teorii wszystko
jest możliwe. Ale… Byłem już zupełnie innym człowiekiem, ona na
pewno też.
– To bardzo mało prawdopodobne – powiedziałem w końcu. – Zbyt
wiele się u nas wydarzyło przez ten długi czas. A ja… Mam w sobie
dużo żalu, chyba nie potrafiłbym jej wybaczyć.
– To aż tak? – Natasza uniosła brwi.
– Wybrała służby i jeszcze nazwała mnie tchórzem, bo nie chciałem
zrobić tego razem z nią – powiedziałem Nat prawdę.
– Dlatego tak bolało? – bardziej stwierdziła niż zapytała.
– Myślę, że tak. Bo jeśli ktoś przez kilka lat mówi ci, jaki jesteś dla
niego ważny, ba, daje ci poczuć się jak pępek jego świata, a potem
nagle, w ciągu kilku tygodni, podejmuje decyzję, która was niszczy…
Tak, to jedno z moich najbardziej bolesnych doświadczeń. – Skrzywiłem
się.
Nat przypatrywała mi się chwilę.
– Wiesz, co sobie myślę? Tu już nie ma miejsca na jakieś rozkminki.
Po prostu jedź, spotkaj się z nią i bądź szczery. Wtedy będzie dobrze.
Nie próbuj czegoś ukrywać – ani tego, jak cierpiałeś wtedy, ani
swoich obecnych rozterek. Tym bardziej, że nie wiesz, jakim człowiekiem
ona teraz jest. Może być zgorzkniała, załamana, cierpiąca
– w przenośni i dosłownie. Po prostu musisz jechać.
– Tak – westchnąłem ciężko. – A ty jak? – zmieniłem temat. – Znowu
sielanka, jak widzę. Czyli miłość kwitnie?
Natasza spojrzała w kierunku ogrodu, a potem wróciła wzrokiem
do mnie. Uśmiechnęła się.
– Pogodziliśmy się, po chwili znowu miałam ochotę go zabić, gdy
przyznał, że odszedł z policji i będzie pracował u nas. Choć w sumie
nie wiem, komu bardziej chciałam zrobić krzywdę – jemu czy tobie.
A może Jonatanowi za drobne przemilczenie planów zatrudnienia
Iwa?
– Dużo się działo. – Machnąłem ręką. – A Jon wolał, żebyście najpierw
sobie wyjaśnili wszystkie nieporozumienia.
– I tak zrobiliśmy. – Mrugnęła do mnie.
– Zboczeńcy. – Zaśmiałem się. – No dobra, zbieram się, trzymaj
kciuki.
– Daj znać, jak ci pójdzie. Zadzwoń po spotkaniu, dobrze? – Podeszła
do mnie, kiedy wstałem, i mocno mnie objęła.
Staliśmy wtuleni w siebie dobrą minutę. Miałem w dupie, jak to
wygląda. Potrzebowałem Nataszy, tak samo jak ona mnie. Zawsze,
nie tylko w trudnych chwilach. Byliśmy jak rodzeństwo, z tą przewagą
nad relacjami opartymi na więzach krwi, że my sami siebie wybraliśmy,
a nie zdaliśmy się jedynie na los, który za nas zdecydował.
– Trzymam kciuki. Żeby wszystko poszło po twojej myśli.
– Dziękuję. – Cmoknąłem ją w policzek i ruszyłem do drzwi.
Na parkingu skinąłem głową Drwęckiemu, który stał oparty o swój
samochód. Natasza od razu do niego wybiegła. Patrzyła na kolesia jak
na ósmy cud świata. A ja miałem właśnie jechać do dziewczyny, która
wiele lat temu złamała mi serce. Urocze.

4
ALEKS
Byłem zdziwiony, gdy rozglądałem się po okolicy, do której doprowadził
mnie samochodowy GPS. Owszem, sprawdziłem wcześniej
adres, ale Wola – jako dzielnica – kojarzyła mi się wciąż raczej
z niezbyt zadbanymi blokami niż z wypasionymi apartamentowcami.
A właśnie przed jednym z takich budynków zaparkowałem. Upewniłem
się jeszcze raz, czy adres się zgadza, ale tak, nie było wątpliwości.
Wszystko wskazywało na to, że Julia mieszka właśnie tutaj.
Dziwiłem się tym bardziej, że nie pochodziła, podobnie jak ja, z zamożnej
rodziny, a misje wojskowe poza granicami naszego cudownego
kraju raczej nie były najlepszym sposobem na zarobienie fortuny.
Ba, wręcz przeciwnie, biorąc pod uwagę to, co się jej przytrafiło. Po
wypadku pewnie dostała jakieś odszkodowanie, niestety, znając realia,
wystarczyłoby jej pieniędzy na co najwyżej łazienkę w tym budynku.
Dziwne.
Z coraz większą niepewnością wysiadłem z samochodu. Może tu
mieszka chwilowo, u jakiejś koleżanki? Albo jest tylko zameldowana
grzecznościowo, a przebywa zupełnie gdzie indziej? Wszedłem
do budynku i powiedziałem portierowi, z kim chciałbym się spotkać.
Poczekałem, aż zadzwoni. Starałem się nie przejąć tym, jak długo czekał
na odpowiedź, gdy powiedział: „Aleksander Górski”. Ponieważ
jednak zostałem wpuszczony, to mogło oznaczać jedno – Julia tu jest
i mnie pamięta.
W windzie czułem narastające zdenerwowanie. Starałem się powtarzać
w głowie słowa Nataszy – szczerze i bez ściem. Miałem dowiedzieć
się, co u Julii słychać i spróbować jej pomóc. I może jeszcze
zapytać, dlaczego tak naprawdę zostawiła mnie te lata temu. Tylko
tyle i aż tyle.
Niestety nic z moich planów nie wyszło. To znaczy – zamiast być
opanowanym i rozsądnym człowiekiem, od razu, już na wstępie, zrobiłem
z siebie idiotę. Bo gdy otworzyły się drzwi windy, po prostu
stałem jak słup. Zatkało mnie, dokumentnie. Nie dość, że wjechałem
prosto do chyba najdroższego w tym budynku penthouse’u, to jeszcze
pierwszą osobą, którą zobaczyłem, był na oko czterdziestoletni koleś.
Stał w eleganckim holu, słońce wpadające przez przeszklone ściany
oświetlało jego przystojną twarz, a on uśmiechał się i wyciągał do
mnie rękę.
– Michał Sarnicki.
Stałem jak debil, nieruchomo, i gapiłem się na niego. Znałem tę
gębę z mediów. Koleś był wielkim biznesmenem, kiedyś chyba nawet
na liście stu najbogatszych Polaków. O co tu, kurwa, chodziło?
Oprzytomniałem dopiero, gdy usłyszałem:
– Już, już pędzę!
I zobaczyłem moją byłą ukochaną sunącą na wózku po marmurowej
podłodze. Jedną rękę miała opartą o specjalny joystic, a drugą
przytulała do siebie niemowlaka. Ja pierdolę!
Jak kretyn przesuwałem wzrokiem między nimi. W końcu facet
przerwał dziwną ciszę i gestem zaprosił mnie do środka.
– Tam wam będzie najwygodniej, a ja położę ją spać. – Pochylił
się na Julią i ostrożnie wziął od niej dziecko, po czym zniknął w głębi
mieszkania.
Julia uśmiechnęła się do mnie.
– Chodź. – Ruszyła w stronę ogromnego salonu.
Już nawet nie zwracałem uwagi na luksusowe wnętrze, w jakim się
znalazłem. Usiadłem na designerskiej kanapie i gapiłem się na Julię,
która całkiem sprawnie przygotowała dla nas napoje.
– Chyba, że wolisz coś mocniejszego? – W pewnym momencie się
zawahała.
– Nie, przyjechałem samochodem – wymamrotałem. Tak naprawdę
marzyłem o wódce, najlepiej całej butelce, ale nie mogłem sobie póki
co na to pozwolić.
– No więc… – zaczęła, kiedy na stole stała już karafka z lemoniadą
i szklanki.
Nie miałem pojęcia, co powiedzieć. Nadal się na nią gapiłem, starałem
się wymyślić sensowne pierwsze zdanie. Nic z tego.
– Nie powiem, jestem zaskoczona – usłyszałem w końcu.
A ja to niby nie?
– Nawet nie tym, że mnie znalazłeś, bo dla takiego speca to pewnie
nic trudnego. Zastanawiam się jednak, po co to zrobiłeś? – próbowała
mi ułatwić rozpoczęcie rozmowy i chyba rzeczywiście zacząłem się
ogarniać.
Zebrałem się w sobie. No, okej, może nie do końca. Bo pierwsze,
co palnąłem, było skrajnie głupim tekstem:
– W ogóle się nie zmieniłaś.
Na swoją obronę mogłem mieć jedynie to, że faktycznie – wciąż
była piękną i wysportowaną blondynką, z radosnymi, pełnymi energii
oczami. Tyle, że bez pieprzonej nogi i na wózku. Tak, byłem kretynem.
Ona jednak po prostu się zaśmiała, tym swoim perlistym, wibrującym
śmiechem. A ja znowu kompletnie nie widziałem, co powiedzieć.
– No, trochę się zmieniłam. – Nadal się śmiała. Znacząco spojrzała
w dół. – Brak nóżki, poza tym więcej zmarszczek, fałdek na brzuchu
po ciąży… Ale dziękuję za komplement.
– Jestem durniem – wymamrotałem.
– Jesteś zaskoczony, po prostu. – Uśmiechnęła się ciepło. To mi
pomogło. Wziąłem głęboki oddech i zacząłem wreszcie mówić, może
nie jakoś znacznie sensowniej, ale przynajmniej szczerze:
– Jakiś czas temu zobaczyłem cię, jak jedziesz na wózku. Na przejściu,
na Emilii Plater. Nie byłem pewny, czy to ty, ale…
– Nie wiedziałeś o moim wypadku?
– Nie, wtedy nie. – Westchnąłem. – Pomyślałem, że powinienem
sprawdzić, co u ciebie słychać, czy nie potrzebujesz pomocy, i w ogóle…
– Bezwiednie rozejrzałem się po wielkim salonie. Zrozumiała, co
miałem na myśli.
– Nie, pomocy nie potrzebuję. Mam wszystko. – Jej oczy mówiły
nawet więcej niż słowa.
– No właśnie… – Miałem na końcu języka, że w takim razie mogę
już sobie pójść. Ale szybko się zreflektowałem. Nie będę stąd uciekał,
nie ja. Miałem z nią porozmawiać, o wszystkim.
– Wiesz… Nie było mi łatwo – kontynuowała. – Po naszym rozstaniu
długo wahałam się, czy podjęłam słuszną decyzję. Czy rzeczywiście
moje pragnienia powinny być ważniejsze od tego, co nas wtedy
łączyło? To – spojrzała w dół – długo traktowałam jako karę za zły
wybór.
– Co dokładnie się stało?
– Na jednej z misji, mina pułapka. Wróciłam z potężnym PTSD,
miałam depresję, wciąż brakowało mi kasy. Wyglądało, że utknę już
na zawsze w Skierniewicach, w mieszkaniu rodziców. Albo się zabiję,
bo takie myśli też miałam.
– Czemu nie zadzwoniłaś?
– Żartujesz? Najpierw cię zostawiłam, bo zachciało mi się być twardzielką
w GROM-ie, a potem miałam cię prosić o pomoc? Wiedziałam,
że cię skrzywdziłam, zresztą uważałam, że siebie też. I czułam,
że muszę to odpokutować. – Wykrzywiła usta w smutnym uśmiechu.
– Na szczęście zajęła się mną fundacja pomagająca byłym gromowcom.
Zaczęli opłacać najlepszą możliwą rehabilitację, a tam poznałam
Michała. – Skinęła głową w stronę drzwi, za którymi zniknął jej facet.
– On był po kretyńskim wypadku na skuterze wodnym, też się obwiniał
o wiele rzeczy, i tak nas jakoś te nasze dołki zbliżyły. – Uśmiechnęła
się szeroko.
– I macie dziecko.
– Też. Myślę, że musiałam to wszystko przeżyć, żeby później docenić
siłę uczucia, magię stabilizacji i rodzicielstwa. Jakoś tak. W każdym
razie teraz jestem bardzo szczęśliwa.
– Wow! – westchnąłem. Czułem się jak głupek. Przyszedłem tu, by
zgrywać zbawcę, który wyciągnie ją z kłopotów, uratuje, pomoże jej,
a byłem zupełnie niepotrzebny.
– Oczywiście nie myśl, że jest totalnie różowo, też z Miśkiem się
czasem ścinamy, mnie wciąż trudno pogodzić się z uzależnieniem od
innych i tym, że nie wszystko mogę jak kiedyś… Ale generalnie jest
dobrze. A co u ciebie? – Spojrzała na mnie uważnie.
Dobre pytanie. Co u mnie? Jestem dalej takim samym kolesiem, co
wtedy. Mam trochę więcej kasy i nadal świetnie się bawię. Po prostu
super.
– U mnie? Raczej bez zmian – odpowiedziałem wymijająco.
– Kobiety, dzieci?
– Nie. – Pokręciłem głową. – Chwilę się zbierałem po tym, jak wybrałaś
GROM zamiast mnie, a potem, cóż… Związki jakoś mnie już
nie interesowały. – Próbowałem złagodzić kaliber swojej szczerości
maksymalnie lekceważącym tonem.
– Wiem, że cię zraniłam
– Powiedzmy. – Na moment zawiesiłem wzrok na jakimś totalnie
kolorowym obrazie. Pewnie w cholerę drogim. – Ale też wyszło mi
to ostatecznie na dobre. Żyje mi się całkiem nieźle. – Mrugnąłem do
niej. Miałem nadzieję, że nie zauważy niespójności tego, co mówiłem
z tym, jak się czułem.
Patrzyliśmy na siebie w milczeniu przez dłuższą chwilę. Potem powiedziała:
– Każdy ma swoją drogę, ty też ją znajdziesz.

5
ALEKS
Ja pierdolę. Jej słowa nie mogły mnie opuścić – ani przez kolejnych
naście minut, które jeszcze u niej spędziłem, ani później. Czy dowiedziałem
się, dlaczego mnie zostawiła? Nie, choć zadałem to pytanie.
Jedyna odpowiedź, jaką usłyszałem, to stwierdzenie, że była głupia.
I że może tak widocznie miało być – skoro oboje ostatecznie jesteśmy
szczęśliwi. Oboje?
Po wyjściu od Julii miałem mętlik w głowie. Wibrowały we mnie
jej uśmiechy, pełen czułości wzrok – gdy patrzyła na męża i dziecko,
i te cholerne słowa: „każdy ma swoją drogę”. Jaka była moja? Chyba
gówniana. Miałem trzydzieści pięć lat i moje życie było miałkie. Ale
co mogłem z tym zrobić? Nic.
Jedyne co mi pozostawało to przestać się nad sobą rozczulać. Przypomnieć
sobie, że wcale nie było ze mną tak źle. Byłem wolny, wyluzowany
i mogłem robić, co mi się podoba. Czyli na przykład konkretnie
się zabawić.
Na szczęście była sobota, więc byłem pewny, że gdzieś jest porządna
impreza. Napisałem do Gerarda – znajomego, który organizował
najlepsze domówki. Niewielkie grono, sami sprawdzeni goście – gwarancja
konkretnych doznań i dobrej zabawy. Odpisał, że owszem, jest
w Warszawie, ale nie planował żadnych szaleństw.
Postanowiłem więc wyciągnąć go na rajd po mieście. Kilka drinków
w kolejnych modnych lokalach, parę podrywek i na koniec wylądujemy
z chętnymi kobietami u mnie lub u niego. Trochę się opierał,
ale w końcu uległ. Uśmiechnąłem się zadowolony. Ten plan był nawet
lepszy niż impreza – nie wiedzieliśmy kogo i gdzie spotkamy, co całej
zabawie dodawało smaczku.
W pierwszej knajpie było drętwo, ale już w drugiej błyskawicznie
dołączyły do nas dwie kobiety. Idealne – atrakcyjne i niegłupie, więc
całkiem interesująco spędzaliśmy z nimi czas. Kiedy chichocząc zniknęły
w korytarzu prowadzącym do toalet, Gerard westchnął:
– U ciebie, u mnie, czy hotel?
– Nie jestem pewien, czy to typy na szybki numerek. – Zawahałem
się. – W klubie człowiek by się nie musiał zastanawiać, a tu? Cholera
wie.
– Nie zawsze musi się kończyć numerkiem. – Gerard się zaśmiał. –
Sama rozmowa może być przecież okej.
– Nie dla mnie i nie dzisiaj. Muszę odreagować. – Znacząco dotknąłem
krocza. – Może jednak pojadę do „Lust”?
– Okej, pojedziemy razem, jeśli tu – skinął głową w kierunku korytarza
– nic się szybko nie wykroi.
Uśmiechnąłem się zadowolony. Byłem już strasznie zepsutym typem.
Ale miałem to w dupie. Tym bardziej dzisiaj.
Po kilku kolejnych minutach kobiety wróciły do stolika. Były poważniejsze,
mniej rozchichotane, obstawiałem, że też w kibelku omówiły
swoją strategię. Ciekawe, co ustaliły? Na szczęście nie musiałem
długo czekać.
– Może… – zaczęła blondynka. – Może gdzieś się przeniesiemy?
W spokojniejsze miejsce?
Spojrzałem na Gerarda. Skinął z aprobatą. Ja jednak chciałem mieć
pewność, że obie oczekują tego, co my.
– Co dokładnie macie na myśli? – Zmrużyłem oczy i przesunąłem
wzrokiem po ich twarzach. Brunetka lekko przechyliła głowę.
– W spokojniejsze miejsce – powtórzyła. – Czyli na przykład do
hotelu. Gdzie rzucimy monetą, kto z kim, bo nie mogłyśmy dojść do
porozumienia. – Uśmiechnęła się zaczepnie i spojrzała na Gerarda.
– Rozumiem, że nadmiar atrakcyjnych mężczyzn, a nie niedobór?
– zapytał ze śmiechem.
– Zdecydowanie nadmiar. Trudno się zdecydować. – Westchnęła
i przysunęła się do mnie. Położyła rękę na moim udzie. – To gdzie?
Już chciałem się podnieść, kiedy zauważyłem minę kumpla. Nagle
spoważniał i w skupieniu przyglądał się tłumowi kłębiącemu się przy
barze.
– Chyba jednak dzisiaj spasujemy – powiedział i porozumiewawczo
spojrzał na mnie.
Zdziwiony uniosłem brwi. Jeszcze raz zerknąłem na ludzi w kolejce.
Zrozumiałem.
– Pora na nas. – Gerard podniósł się i położył kilka banknotów
na stoliku. Przepraszająco uśmiechnąłem się do kobiet, których oczy
miotały teraz gromy. Na zewnątrz wykrzywiłem usta w kpiącym
uśmiechu.
– Droga mogłaby być ta chwila przyjemności.
– Tak, facet odrobinę zbyt uważnie nam się przyglądał. Były z nim.
Nie mam nic przeciwko prostytutkom, pod warunkiem, że sytuacja od
początku jest jasna.
– I że pracują z własnej woli i dla siebie, a nie dla jakiegoś alfonsa.
– Westchnąłem. – To co, jednak imprezka w „Lust”?
Gerard skinął głową. Jednocześnie sięgnął po telefon, który właśnie
zasygnalizował nadejście wiadomości. Przeczytał ją i od razu się
uśmiechnął.
– Jednak nie, nie musimy tam jechać.
– Bo?
– Spotkaj się ze mną, muszę odreagować – przeczytał na głos. – To
Sonia, znasz ją.
Uśmiechnąłem się. Znałem Sonię i lubiłem. Może czasem bywała
zbyt nachalna, ale teraz na pewno nie będzie mi to przeszkadzało. Gerard
już jej odpisywał.
– Realizuje duży projekt poza Warszawą i tęskni za wyuzdanymi
szaleństwami. Wyrwała się na moment, będzie u mnie za godzinę –
powiedział po chwili.
Świetnie. Tego potrzebowałem.
Po kwadransie byliśmy już w mieszkaniu Gerarda. Rozsiedliśmy
się na kanapach i gadaliśmy – o biznesach, naszym seksklubie, kobietach
i sporcie. W końcu pojawiła się Sonia. Nie była zaskoczona moim
widokiem, choć wydawała się odrobinę speszona. Pocałowała mnie
w policzek, a ja od razu poczułem falę pożądania.
– Nie planowałam aż takich szaleństw. – Uśmiechnęła się niepewnie.
– Sama zdecydujesz, ile od nas chcesz – odpowiedziałem.
– Na razie marzę o jacuzzi. – Spojrzała na Gerarda.
– Mówisz i masz. – Machnął ręką w kierunku tarasu.
Sonia od razu ruszyła w tamtą stronę. Wyszła na zewnątrz i bez
zawahania zaczęła się rozbierać. Gdy była już naga, spojrzała zachęcająco
na nas. Potem weszła do parującej wody.
Nie mieliśmy na co czekać. Już po chwili siedzieliśmy w trójkę i piliśmy
wino. Rozmowa średnio się kleiła. Sonia opowiadała coś o swojej
pracy, ja próbowałem rzucać jakieś żarciki, ale wszyscy czuliśmy,
że atmosfera gęstnieje z sekundy na sekundę. W końcu dziewczyna
wzięła głęboki oddech i powiedziała:
– To co, panowie?
Spojrzała na Gerarda, potem na mnie. Uwielbiałem takich ludzi.
Właśnie o to mi chodziło – jasne komunikaty, bez krygowania się
i niepotrzebnych ściem. Przysunąłem się do niej z jednej strony, Gerard
z drugiej.
Zaczęliśmy ją pieścić – nasze dłonie dotykały cudownie gładkiej,
rozgrzanej gorącą wodą skóry. Sonia przymknęła oczy, oparła ręce
o brzeg basenu i odchyliła głowę. Pochyliłem się, zacząłem całować
jej piersi. Westchnęła. Gerard przemieścił się, rozchylił jej nogi. Czułem
się jak w raju. Miałem przed sobą wspaniałą kobietę, która jęczała
z pożądania. Chciała nas, a my ją i nic nie mogło stanąć na drodze do
naszego spełnienia.
Wziąłem do ust twardy sutek, jednocześnie palcami drażniłem drugi.
Gerard uniósł jej pośladki i powoli zanurzał język w rozpalonym
wnętrzu. Dziewczyna jęczała coraz głośniej. Przesunąłem się, ręką
sięgnąłem do jej łona. Teraz razem z Gerardem ją stymulowaliśmy
– on językiem, ja włożyłem w nią palec. Była cudownie wilgotna,
gorąca i ciasna.
Gerard dołączył swoją dłoń. Świadomość, że za chwilę obaj wsuniemy
penisy w to cudowne wnętrze sprawiła, że zrobiłem się twardy
jak kamień. Z tym większym zapałem pieściłem jej ciało, aż doszła
– głośno, z potężnymi drgawkami całego ciała. Gerard nie czekał. Złapał
ją na ręce i wciąż pojękującą zaniósł do sypialni.
Położył ją na łóżku, trochę wytarł ręcznikiem. Poruszała delikatnie
biodrami, posapywała, ale wciąż miała przymknięte oczy. Ukląkł
przy jej twarzy i pochylił się. Pocałował ją. Zatraciła się na moment
w takiej bliskości, a potem spojrzała błagalnie – na mnie i zaraz na
jego penisa, który teraz prężył się przy jej ustach. Gerard dotknął jej
policzków i lekko przekręcił głowę, ja w tym czasie założyłem prezerwatywę.
Uwielbiałem ten moment, tuż przed zanurzeniem się w spragnione
mnie ciało. Pochyliłem się i zlizałem krople wody z jej ud. Pogładziłem
biodra, z zachwytem patrzyłem na wilgoć między jej rozszerzonymi
nogami. Gerard dotknął czubkiem penisa jej ust. Jeszcze liznąłem
brzuch, jeszcze dotknąłem językiem łechtaczki. Sonia głośno jęknęła.
Klęknąłem między jej nogami, złapałem biodra i lekko uniosłem.

6
ALEKS
Wbiliśmy się w nią jednocześnie. Gerard wsunął się w jej usta prawie
po same jądra, a ja uderzyłem z impetem biodrami. Nocną ciszę
przerwał krzyk. Wiedziała, co się wydarzy, jej nadwrażliwe po pierwszym
orgazmie ciało musiało tak zareagować. Znieruchomieliśmy na
moment, by dać jej chwilę na oswojenie się z sytuacją.
A potem zaczęliśmy ją posuwać – precyzyjnie i rytmicznie. Unosiłem
jej biodra i podziwiałem swojego fiuta poruszającego się w niej.
Lubiłem patrzeć. Lubiłem obserwować, jak ciała łączą się, jak mój
kutas zagłębia się w ciele pięknej kobiety.
Potem przeniosłem wzrok na Gerarda. To też był zajebisty widok.
Delikatna i drobna twarz Soni rozciągana jego penisem. Dziewczyna
miała łzy w kącikach oczu, gdy dociskał biodra i kazał brać się głębiej.
A potem wbijała w niego spragniony wzrok, gdy cofał się i droczył
z jej pragnieniem.
Zwolniłem. Nie chciałem kończyć zbyt szybko. Za wiele jeszcze
chciałem tu i teraz przeżyć. Z Gerardem było podobnie. Przerwał na
moment i zamieniliśmy się miejscami. Uklęknąłem przy głowie Soni,
a Gerard przekręcił ją na brzuch. Ustawił na czworakach i kazał wziąć
mnie do ust. Jęknęła, potem ulegle spojrzała na niego. To nie były
moje klimaty, ale nie miałem nic przeciwko byciu elementem takiego
układu raz na jakiś czas.
– Obciągaj mu, mocno – usłyszałem stanowczy głos Gerarda.
Sonia zaczęła mnie lizać, potem objęła ustami czubek fiuta. Ależ to
było przyjemne! Robiła to perfekcyjnie, nie za mocno i nie za lekko,
w idealnym tempie. Rozsiadłem się z plecami opartymi o zagłówek
i przymknąłem oczy. Dotknąłem jej głowy, ale nie po to, by nagle
brutalnie ją nabić na siebie. Jeszcze nie. Na razie chciałem tylko czuć
delikatność jej włosów między palcami.
Po chwili otworzyłem oczy. Gerard pieścił pośladki Soni, używał
lubrykantu, więc podejrzewałem, że miał ochotę na zerżnięcie jej tyłeczka.
Uwielbiałem patrzeć na to, zresztą sam nie byłem pewien, czy
nie skorzystam. Zatracałem się jak oni. W tym momencie nie miałem
granic ani oporów przed niczym. Liczyła się tylko przyjemność, moja
i ich.
Kiedy zobaczyłem, że Gerard klęczy na jednym kolanie i zaczyna
wdzierać się w Sonię, przytrzymałem jej głowę. Zamarła z czubkiem
mojego fiuta w ustach. Gładziłem ją po policzkach, kiedy krzywiła się
przyjmując Gerarda.
– Rozluźnij się, jeszcze odrobinę – mamrotał pod nosem. Upajałem
się wyrazem jej twarzy, pomieszaniem cierpienia i przyjemności.
Czekałem, aż Gerard znajdzie się w niej i będę mógł bardziej zagłębić
się w gorące usta.
W końcu mocno pchnął. Sonia z jękiem nadziała się na mnie. Nadal
czekałem. Gerard ostrożnie poruszył się kilka razy, a ona zaczęła
pojękiwać inaczej, tym razem z przyjemności. Uniosłem się więc i dopasowałem
do rytmu. Klęczała na czworakach, a my posuwaliśmy ją
z dwóch stron, coraz głębiej i intensywniej.
Wiedziałem, że już długo nie wytrzymam, musiałem przerwać, jeśli
nie chciałem za chwilę skończyć. Wyciągnąłem fiuta z cudownych ust
i wsunąłem się pod gorące ciało dziewczyny. Gerard uniósł się na obu
nogach, wyżej, z góry atakując jej tyłek, dając mi tym samym dostęp
od dołu do jej łechtaczki.
Palcami i językiem zacząłem ją stymulować. Lizałem podbrzusze,
pachwiny, trącałem czubkiem nosa płatki delikatnej skóry. Jej jęki
były coraz głośniejsze. W końcu doszła. Opadła na mnie, ale Gerard
nie przestawał jej posuwać, wręcz przyspieszył. Tylko na moment
przerwał, gdy uniósł ją odrobinę, by umożliwić mi przesunięcie się.
Przekręciłem ciało, wciąż byłem pod nią, ale teraz miałem jej twarz
przy swojej. Pocałowałem nieprzytomne usta, a mój penis sam znalazł
drogę do jej wnętrza.
Jęknąłem z rozkoszy, gdy znowu poczułem obiecującą ciasnotę.
A kiedy Gerard wepchnął swojego penisa między jej pośladki, krzyk
zszokowanej podwójną inwazją Soni zlał się z moim spełnieniem.
Jeszcze przez kilkanaście sekund poruszałem się w idealnej synchronizacji
z Gerardem. Każdy ruch bioder powodował kolejną falę
rozkoszy. W końcu trysnąłem ostatnimi kroplami. Złapałem ją za policzki
i mocno pocałowałem. A potem tuliłem, gdy Gerard ostro gonił
swoje spełnienie. Kiedy jego warknięcie rozległo się w pokoju, rozluźniłem
się i przymknąłem oczy.
Kolejną godzinę spędziliśmy w łóżku – pijąc wino, pieszcząc się,
dotykając i rozmawiając. Planowałem jednak już się zmyć. Nie dlatego,
że czułem się zbędny, wręcz przeciwnie, zarówno Sonia jak i Gerard
sprawiali wrażenie chętnych na kolejną rundkę naszych igraszek.
Mnie jednak dopadły demony dzisiejszego dnia. Po chwilowej euforii
znowu zaczęły mnie ogarniać dołujące myśli.
Z trudem ukryłem ogarniający mnie nastrój, sypnąłem jakąś wymówką
i wymknąłem się w mrok warszawskiej nocy. W swoim mieszkaniu
nawet nie zapalałem światła. Usiadłem na balkonie ze szklaneczką
whisky, oparłem nogi o barierkę i gapiłem się w ciemność.
Znowu wibrowały mi w uszach słowa Julii – każdy ma swoją drogę,
ty też ją znajdziesz. Gówno prawda. Moje życie nic nie znaczyło,
było nijakie. Owszem, miałem przyjaciół, pracę, wyzwania, sukcesy.
Kobiety, seks, spełnienie. Raj. Ale kiedy przypominałem sobie wyraz
twarzy Julii, gdy tuliła swoją córkę i z czułością zerkała na męża, wiedziałem,
że czegoś zaczyna mi brakować. Nie, niekoniecznie związku,
czy tym bardziej dziecka. Ale o nic prawdziwego nie walczyłem,
nie byłem nikim istotnym dla kogoś. Nie było nikogo, kto bez mojej
obecności traciłby grunt pod nogami. Chciałem być komuś naprawdę
potrzebny.
Wypiłem kolejny łyk alkoholu. Okej, to co z tym mogłem zrobić?
Byłem wojownikiem, zawsze potrafiłem znaleźć wyjście z trudnej sytuacji.
Tyle, że teraz zapadałem się w nicość. Po raz pierwszy w życiu
nie miałem woli walki. Ba, nawet nie wiedziałem z kim i z czym mam
się zmagać. Choć nie, to akurat było oczywiste. Powinienem walczyć
ze sobą.
Westchnąłem, wstałem i wszedłem do mieszkania. Miałem ochotę
rzucić szklanką o ścianę, ale powstrzymałem się. Potem to będę musiał
sprzątać. Wyżyłem się więc na pierwszej lepszej książce wziętej
z regału. Od muru odbiła się „Psychopatologia życia seksualnego”
Kępińskiego. Kurwa, naprawdę żałosne.
A potem zrobiłem jedyną rzecz, która przyszła mi do głowy – odpaliłem
pornosa i piłem dalej. Gapiłem się na sceny, które nijak mnie nie
podniecały. Piłem. Chciałem wyłączyć mózg, by zapaść się w otchłań
niewiedzy i nieświadomości. Nie męczyć się, nie analizować, nie dołować
swoim nędznym życiem.
Kiedy już prawie zasnąłem, w pokoju rozległ się dźwięk telefonu.
– Kurwa! – Zacisnąłem oczy. Ale dzwonek nie chciał zamilknąć.
W końcu podniosłem się i sięgnąłem po aparat. Spojrzałem na wyświetlacz.
Jonatan. Nie miałem najmniejszej ochoty na rozmowę
z przyjacielem, bo wiedziałem, że od razu zaniepokoi się moim nastrojem.
Ale nie dzwoniłby o trzeciej w nocy, gdyby nie miał naprawdę
poważnej sprawy. Więc w końcu odebrałem.
– Kurwa, nareszcie! – usłyszałem zirytowany głos.
– Co się dzieje? – Nawet nie musiałem się specjalnie wysilać, by
udawać zaspanego.
– Oliwia. I pieprzony Dawid. Musisz być zaraz w biurze – powiedział
i rozłączył się.
Głowa opadła mi na oparcie kanapy. Przez moment chciałem olać
jego polecenie, ale potem oprzytomniałem. Oliwia – jej nie mogłem
zignorować. Młodsza siostra Jonatana, cudowna, niewinna, wspaniała
dziewczyna, którą próbował skrzywdzić jakiś gnój. Ona mnie potrzebowała.
Spojrzałem na butelkę whisky. Wypiłem sporo, za dużo, żeby prowadzić,
ale prysznic mnie otrzeźwi na tyle, żebym doszedł do siebie
w taksówce. Podniosłem się i ruszyłem do łazienki.