Tak… O, tak… Jęk, sapnięcie, kolejny jęk. Moje palce intensywnie pracują, rozmazując wilgoć między nogami. Coraz mocniej pocieram, wpycham w siebie dwa, potem trzy… Tak!

Dyszę głośno, szarpię sutek, dopóki iskra upragnionego bólu nie przeszywa mojego wnętrza. Szybko uderzam zmęczonymi już palcami w punkt, który jest źródłem rozkoszy i ulgi. Raz, drugi, kolejny. Wiję się na łóżku z frustracji, próbuję jeszcze raz, jeszcze mocniej. Intensywnie pocieram łechtaczkę… Nareszcie! Gwałtowne skurcze orgazmu pozwalają mi się zatracić na kilka sekund.

Leżę, próbuję uspokoić oddech. Otwieram oczy i gapię się w ciemny sufit. Powinnam być cudownie rozluźniona, ale poza zdrętwiałymi palcami nie czuję nic. Wiem, że nieznośne napięcie zaraz wróci i obudzi mnie z płytkiego, nerwowego snu – kolejny raz tej nocy. Przewracam się na bok i obejmuję nogami kołdrę, jakby była tym, który da mi wreszcie ukojenie. Ale nie jest. Nikt nim nie jest.

Dzień zaczyna się źle, prawdopodobnie będzie jeszcze gorszy niż noc. Najpierw ignoruję budzik, przez co wstaję pół godziny później, niż powinnam. Nerwowo miotam się po mieszkaniu, nie potrafię się skupić. Gorącą kawą oblewam mankiet białej, koszulowej bluzki. I jeszcze korek w drodze do pracy, który sprawia, że zaciśnięty z nerwów żołądek zaczyna pulsować piekącym bólem.

W windzie, która mknie na ostatnie piętro biurowca, poprawiam wąską spódnicę i zapinam żakiet. Jestem spóźniona prawie godzinę i wiem, co mnie czeka. Nowy szef, Thomas Perrier, który od miesiąca próbuje reorganizować polski oddział francuskiej firmy, na pewno mi tego nie odpuści. Nie zwolni mnie, nie. Jestem zbyt cenna. Ale z pewnością przytnie premię i przez co najmniej kilka kolejnych dni będę musiała znosić jego złośliwe docinki.

Kwadrans później siedzę przy swoim biurku, wciśniętym w kąt dużego, poszatkowanego niskimi ściankami, pomieszczenia. Nerwowo stukam w klawiaturę. Zaciskam uda, bo napięcie już dawno wróciło. Moja seksualna frustracja jest ogromna i wciąż nie wiem, jak sobie z nią poradzić. To znaczy – wiem. Ale miałam już z tym skończyć.

Próbuję być twarda i koncentruję się na pracy. Tym bardziej, że przez dzisiejsze spóźnienie zostało mi już tylko kilkanaście minut do spotkania, na którym przedstawię całemu zespołowi swój raport. Wiem, że zdążę, ale chcę jeszcze poprawić makijaż i mieć choć chwilę na uporządkowanie myśli.

Biegnę do łazienki, kiedy drukarka wypluwa kolejne strony prezentacji. Delikatnie pudruję nos i czoło, poprawiam bluzkę opiętą na pragnącym czyjegoś dotyku biuście. Patrzę z wahaniem na drzwi kabiny. Może…? Szybki, wymuszony orgazm uspokoi mnie choć na chwilę. Ale potem zerkam w lustro. Nie, muszę wreszcie zacząć radzić sobie inaczej z gorączką, która trawi moje wnętrze. Zaraz po pracy dam sobie wycisk na bieżni. O właśnie! Potężna dawka endorfin powinna choć trochę pomóc.

Szybkim krokiem wracam do drukarki, a potem zaskakująco zgrabnie jak na wysokie szpilki, które mam na stopach, mknę w stronę sali konferencyjnej. Oczywiście wpadam do środka jako ostatnia. Z przepraszającym uśmiechem zajmuję miejsce naprzeciwko szefa. Wolę na niego nie patrzeć, bo wiem, że dezaprobata, którą zobaczę w oczach Thomasa Perriera, jeszcze bardziej mnie zdenerwuje.

– Leno, proszę – słyszę po chwili.

– Już zaczynam… Dziękuję…

Wstaję i na drżących nogach podchodzę do komputera znajdującego się pod wielkim ekranem. Stojąc tyłem do kilkunastu znudzonych współpracowników, zaciskam zęby i przymykam na moment oczy. Będzie dobrze, musi być!

Godzinę później wzdycham z ulgą. Prezentacja wypadła świetnie, a wnioski z raportu wywołały burzliwą dyskusję, w której na szczęście nie muszę brać udziału. Moje zadanie to analiza, naprawianiem błędów zajmują się inni.

Słucham kolegów przerzucających się argumentami i czuję na sobie wzrok szefa. Walczę, żeby na niego nie spojrzeć, bo wiem, że kiedy nasze oczy się zetkną, obleję się rumieńcem. Nie boję się go, ale chyba trochę mnie onieśmiela. Jest władczy i nie okazuje nikomu sympatii, ale jednocześnie imponuje wiedzą i skutecznością. Wiele kobiet zwraca też uwagę na jego powierzchowność – jest wysoki, wysportowany i przystojny. Na szczęście, szczególnie ostatnio, nie ulegam męskim wdziękom. A przynajmniej próbuję.

Kiedy zebranie dobiega końca, podnoszę się i szybko poprawiam spódnicę. Pończochy to moją wielka słabość, ale nie chcę, by ktokolwiek zobaczył, że zawsze je noszę.
Już na korytarzu dobiega mnie głos szefa:

– Proszę zaczekać!

Zatrzymuję się i powoli odwracam.

– Raport był świetny. – Prezes patrzy na mnie uważnie. – Mam dzisiaj dużo spotkań, ale proszę, żebyś poczekała. Chciałbym omówić kilka szczegółów. Zresztą… – mruży oczy i przewierca mnie lodowatym spojrzeniem – spóźniłaś się, więc i tak…

– Oczywiście. – Wykrzywiam usta w nieszczerym uśmiechu.

Jestem zła. Nie dlatego, że muszę siedzieć po godzinach, bo często zostaję dłużej w pracy i nawet lubię atmosferę opustoszałego biura. Jednak dzisiaj naprawdę potrzebuję biegania, a zamiast tego będę siedzieć za biurkiem, zaciskać uda i zagryzać wargę. No cóż. Może mogłabym podyskutować, powiedzieć, że zaplanowałam już coś ważnego… Mogłabym, gdyby nie dzisiejsze spóźnienie. Teraz już nic nie wymyślę.

– Leno, zapraszam do mnie! – słyszę tuż przed dwudziestą.

Powoli podnoszę się z krzesła. Zerkam na wiszący na oparciu żakiet, ale go nie zakładam. Uznaję, że o tej porze nie obowiązuje już biurowy dress code. Wychodzę na korytarz i zatrzymuję się na moment.

Thomas Perrier stoi przed drzwiami swojego gabinetu i z lekkim uśmieszkiem patrzy na mnie. W jego oczach jest coś niepokojącego, co sprawia, że tracę sporą część pewności siebie. Przełykam ślinę, bo czuję nagłe onieśmielenie. „To twój szef, opanuj się!” – kilka razy powtarzam w myślach. Ruszam w jego kierunku, próbując utrzymać na twarzy w miarę swobodny uśmiech.

Jestem speszona, kiedy wzrokiem bada moje ciało. Mój oddech przyspiesza. Ale nie, to nie pora i miejsce na nerwy. Nie pozwolę się wyprowadzić z równowagi!

– Cieszę się, że zaczekałaś – mówi, kiedy staję przed nim. Jakbym miała inne wyjście!

Wchodzę do gabinetu pewna, że zobaczę tu jeszcze przynajmniej asystentkę prezesa, ale okazuje się, że jesteśmy sami. Coraz bardziej zdenerwowana siadam na krześle przy stole konferencyjnym, a Thomas Perrier zajmuje miejsce po drugiej stronie.

– Pięknie dzisiaj wyglądasz. Zresztą jak zawsze.

Przymykam na chwilę oczy, żeby ukryć zmieszanie. Komplementy? On? Oddycham głęboko.

– Dziękuję.

Uśmiecha się i zaczyna tłumaczyć, dlaczego do kolejnego raportu powinnam też dodać własne uwagi i propozycje rozwiązań. Muszę przyznać, że to mile łechce moją ambicję.

Potem przeglądamy podsumowanie dzisiejszego zebrania. Próbuję się skupić, ale atmosfera w gabinecie gęstnieje. Staram się nie wiercić na krześle, kiedy mój szef wpatruje się we mnie, a w jego oczach widzę coraz głębszy cień. Niby tłumaczy, jak ważne dla firmy są zmiany, które wprowadza. W rzeczywistości jednak rozbiera mnie wzrokiem. Cholera!

Jest w nim coś fascynującego. Kiedy uświadamiam sobie, że podoba mi się to, co mówi, i – przede wszystkim – jak mówi, czuję nagły ścisk w podbrzuszu. Tego już za wiele. Walczę ze sobą, próbując zignorować sygnały, którymi moje ciało atakuje mózg.

Thomas Perrier przerywa, zauważając mój brak koncentracji. Chwilę badawczo mi się przygląda, potem kontynuuje wywód. Teraz już zupełnie nie potrafię skupić się na słowach, bo każde z nich, wypowiedziane niskim, wibrującym głosem, sprawia, że cała drżę. Muszę natychmiast stąd wyjść!

Nie zadaję już kolejnych pytań, tylko podrywam się gwałtownie, kiedy szef znowu milknie. Nerwowo się uśmiecham i ruszam w stronę drzwi. Mężczyzna wstaje i opiera dłonie o stół.

– Skończyliśmy?

Dotykam dłonią klamki. Zamieram na moment. Wiem, że nie powinno mnie tu już być, ale nie jestem w stanie wykonać żadnego ruchu.

– Widziałem te piękne pończochy. Takie noszą tylko wyjątkowe kobiety.

To, co mówi, tylko podsyca ogień w moim wnętrzu. Jego słowa podsuwają mi obrazy – leżę na dyrektorskim biurku, z rozłożonymi nogami. On ściska moje biodra i ostro się we mnie wbija.

Albo nie, opieram się o blat, ze spódnicą zwiniętą w talii, a wielki penis wdziera się między czerwone od mocnych klapsów pośladki.

Na chwilę tracę oddech. Kręci mi się w głowie. Czy powinnam to zrobić? Przygryzam wargę, aż w końcu ból sprawia, że przytomnieję. Nie, zdecydowanie nie! Nie powinnam, nie mogę! Powoli się odwracam.

– Dziękuję za… inspirujące i merytoryczne spotkanie.

Potem szarpię klamkę i wypadam na korytarz. Prawie biegnę po żakiet i torebkę. Dopiero w windzie trochę się uspokajam, próbuję opanować przyspieszony oddech. Opieram głowę o wielkie lustro i zamykam oczy. To mnie wykończy.

Powoli wyjeżdżam samochodem z podziemnego garażu. Znowu zaciskam uda, chcę ukoić natrętne pulsowanie. Napięcie, kumulujące się we mnie od wielu dni, za chwilę mnie rozsadzi. Nie wiem nawet, po co miałabym jechać do domu, skoro po kolejnej nieprzespanej nocy nie będę już w stanie pracować.

Jak w ogóle doszło do takiej sytuacji? Owszem, wiele razy czułam na sobie wzrok Thomasa Perriera. Ale nie tylko on zwracał na mnie uwagę. Wiem, że podobam się mężczyznom i jestem przyzwyczajona do ich pożądliwych spojrzeń. Ale on? Zimny profesjonalista, który nagle sugeruje coś, co absolutnie nie powinno się wydarzyć?

A może popełniam błąd? Może powinnam teraz leżeć przygnieciona jego spoconym, gorącym ciałem? Albo klęczeć przed nim i krztusić się, podduszana twardym penisem?

Zaciskam dłonie na kierownicy. Nie! Nie mogę sobie na to pozwolić, a już na pewno nie w pracy. Już tylko tu nie poddałam się swoim żałosnym instynktom. Zresztą – przecież miałam z tym skończyć. Miałam już nigdy nie rozkładać nóg, kiedy tylko moje ciało zacznie domagać się zaspokojenia. Miałam nauczyć się czekać, aż poczuję coś więcej, niż zwierzęce pragnienie. Miałam…
Łzy płyną po mojej twarzy. Nie dam rady, nie uwolnię się od tego!

Potem podejmuję decyzję. Jeszcze tylko raz, jeden jedyny raz – takie pożegnanie z poprzednim życiem. I od razu czuję się lepiej, jak ćpun, który na głodzie dowiedział się, że zaraz dostanie działkę. Mój mózg zaczyna gorączkowo pracować. Może Śródmieście i klub? Tam zawsze, a zwłaszcza w piątek, czekają stada napalonych samców. Czy jednak mam ochotę na te gadki-szmatki, zanim trafię na faceta, który wie, co znaczy szybko, ostro i mocno? Nie, klub odpada.

Więc może Adam? Ale chyba nie chcę usłyszeć kpiącego: „A nie mówiłem?”.

Zostają dwa miejsca, ale w obu będzie ktoś znajomy; ludzie, których nie powinnam już nigdy spotkać i dawno wyrzucić ze swojego życia. Pocieram skroń. Chyba, że…

Zatrzymuję się na czerwonym świetle. Sięgam do torebki po telefon. Przeszukuję skrzynkę odbiorczą. Może jeszcze nie skasowałam sms-a z numerem, który miesiąc temu dostałam od znajomego? Nowe miejsce, dokładnie takie, jakiego dzisiaj potrzebuję. Tam, poza tym, czego szukam, znajdę też odrobinę niepewności i nieprzewidywalności. Uśmiecham się do siebie w lusterku. Tak, dokładnie o to chodzi!

W domu biorę szybki prysznic, potem zakładam prostą, czarną, ale seksowną sukienkę – tam, gdzie spędzę dzisiejszy wieczór, obowiązują eleganckie ciuchy, przynajmniej do pewnej godziny. Wsuwam stopy w wysokie szpilki i schodzę do czekającej już pod blokiem taksówki. Podaję adres i podekscytowana stukam paznokciami w uda. Moje ciało wibruje w oczekiwaniu na to, co się wydarzy. Pewnie popełniam błąd, ale teraz nie zamierzam się nad tym zastanawiać. Ważne, że choć na chwilę jakiś wielki penis zlikwiduje to cholerne napięcie. Chcę rozluźnienia, potrzebuję tylko i aż tego.

/Magda Mila/

Thomas i Lena (II)

 


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *