“Tańcząca w ogniu – część 2” – fragment

1
Staję przed wielkim lustrem w sypialni. Powoli, podziwiając się
raz z jednej, raz z drugiej strony, zsuwam ręcznik, którym jestem
owinięta. Patrzę z zachwytem na swoje nagie ciało – idealnie płaski,
lekko umięśniony brzuch, nieduże, ale kształtne piersi, długie
nogi. Przesuwam dłońmi po skórze i głośno wzdycham. Tak, jestem
gotowa.
– Kochanie! – słyszę zza drzwi.
– Jeszcze kwadrans – odpowiadam i idę do łazienki. Szybki makijaż,
ułożenie włosów. Potem szafa. Choć mam ochotę założyć dzisiaj
najbardziej wyuzdaną sukienkę ze wszystkich, które posiadam,
jednak sięgam po inną, dość grzeczną małą czarną – tą, którą miałam
na sobie, gdy Piotr zobaczył mnie pierwszy raz w klubie.
– Ciekawe, czy pamięta? – Uśmiecham się pod nosem.
Potem wsuwam stopy w szpilki, łapię torebkę i szybkim krokiem
wychodzę z pokoju.
W samochodzie, gdy mkniemy przez ciemne już miasto, wciąż
rozbrzmiewają mi w głowie słowa, które usłyszałam, gdy tylko pojawiłam
się w holu: Piękna! Moja piękna!
Nareszcie! Tak długo na nie czekałam. I ten błysk absolutnego
zachwytu w jego oczach. Biorę głęboki oddech i zerkam na Piotra.
Ta noc będzie niezapomniana!
Po niecałej godzinie zanurzamy się już w hedonistycznej atmosferze.
Opieram się na jego ramieniu, gdy schodzimy wąskimi
schodkami w dół, do jaskini rozkoszy. Przy barze sięgam po kieliszek
wina i wtulam się w bok ukochanego mężczyzny. Jego dłoń
błądzi po mojej talii, a ja drżę w oczekiwaniu – co zaplanował? Jak
dzisiaj zechce dać nam spełnienie?
– Na początek popatrzymy – mówi całując mnie w skroń.
Ruszamy w stronę skąpo oświetlonego korytarza. Narasta we
mnie napięcie, ale wiem, że to Piotr zdecyduje, kiedy i jak je uwolnię.
Stajemy w drzwiach niedużego pomieszczenia. Na środku
znajduje się słup, do którego przypięta jest naga kobieta. Widok
cierpienia na jej twarzy wywołuje we mnie natychmiastowe drżenie.
Piotr je wyczuwa.
– Chciałabyś być na jej miejscu?
Tylko głośno wzdycham. Patrzę, jak ubrany w białą koszulę
i ciemne spodnie mężczyzna droczy się z nią. W jednym momencie
przytula i głaszcze, by po chwili smagnąć pejczem bladą skórę.
Przesuwamy się pod ścianę, w miejsce, skąd idealnie widzimy
całą scenę. Kobieta wije się, przypięta za nadgarstki do metalowego
kółka na szczycie słupa. Coraz głośniej jęczy, a moje wnętrze wibruje
w rytm jej udręczonego głosu. Czuję dłonie Piotra na sobie.
Podciąga dół sukienki, dotyka ud.
Powietrze przecinają kolejne świsty pejcza. Palce mojego ukochanego
coraz odważniej zmierzają do wilgotnego już wnętrza.
Czuję na pośladkach, jak bardzo jest podniecony. Jeden ruch i nie
mam majtek. Kolejny – wszyscy mogą podziwiać mój biust.
– Chcesz być nią? Odpowiedz!
– Tak – jęczę, bo dokładnie w tym momencie kobieta rozdzierająco
krzyczy. Jej skóra jest pokryta różowymi śladami. Teraz
oprawca znowu ją przytula i głaszcze. Potem rozgląda się. Zachęcająco
kiwa głową w kierunku jednego ze zgromadzonych w pomieszczeniu
mężczyzn. Wysoki facet wychodzi na środek, rozpina
spodnie. W chwili, gdy szarpie kobietę, by pochyliła się i potulnie
go przyjęła, ten sam ruch wykonuje Piotr.
Zapieram się dłońmi o ścianę, ale wykręcam głowę. Chcę nadal
patrzeć. W momencie, gdy tamten mężczyzna wbija się w nią po
raz pierwszy, mnie rozrywa mój ukochany. Obaj rytmicznie pracują
biodrami, a w pomieszczeniu rozbrzmiewają jęki branych od tyłu
dwóch kobiet.
Czuję coraz większe napięcie. Przymykam w końcu oczy, bo chcę
uwolnić buzujące we mnie emocje. Jeszcze moment, jeszcze kilka
pchnięć… Nagle Piotr przerywa. Wychodzi ze mnie i gwałtownie
odwraca.
– Nie tak szybko, skarbie – szepcze mi do ucha.
Jestem rozczarowana i wstrząśnięta, mam ochotę błagać. Patrzę
w jego oczy, ale widzę w nich stanowczość, której nie pokonam.
Posłusznie kiwam głową. Piotr z powrotem naciąga na moje ramiona
sukienkę, zsuwa jej dół. Strzępy majtek z uśmiechem chowa do
kieszeni marynarki.
– Chodź! – Ciągnie mnie do wyjścia. Zerkam jeszcze na wijącą
się kobietę. Jej też na razie nie pozwolono na przyjemność. Mężczyzna
jest przy niej – tuli i gładzi obolałą skórę. Za chwilę odda ją
kolejnemu? Na myśl o tym czuję potężny skurcz w podbrzuszu. Czy
Piotr też się mną z kimś podzieli?
Na chwilę zatrzymujemy się przy barze. Wolno sączę kolejny kieliszek
wina. Wciąż nie mogę przyzwyczaić się do tego, że mogę je
pić, kiedy tylko zechcę. Delektuję się każdym łykiem, każdą nutką
cierpkości. Z rozkoszą rejestruję rozluźnienie całego ciała, gdy alkohol
dociera do jego najodleglejszych komórek.
Jednocześnie wtulam się w mojego mężczyznę. Wciąż jest podniecony,
a jego oddech szybszy niż zwykle. Uśmiecham się w myślach.
Nie było mu łatwo powstrzymać pożądania. Ale może za
chwilę, za moment, zabierze mnie w miejsce, gdzie w końcu zaspokoimy
swoje pragnienie?
Odwracam się przodem do niego i opieram głowę na ramieniu.
Przesuwam dłonią po twardej klatce piersiowej.
– Na co masz ochotę? – słyszę pytanie zadane cichym głosem.
– Przecież wiesz – odpowiadam.
– Byłaś taka mokra, gdy patrzyłaś na nich… – Jego dłoń wędruje
między moje nogi.
– Przecież wiesz – powtarzam i delikatnie muskam jego wargi.
– Chcesz bólu czy oddania?
– Wszystkiego – jęczę, bo właśnie wsunął palec w moje rozpalone
wnętrze.
– Zaraz ci to dam. – Uśmiecha się tajemniczo. Gładzi moje plecy,
potem całuje, zaborczo i głęboko. – Wezmą cię jeden po drugim,
a ja będę patrzył, jak jęczysz rozpychana ich kutasami.
Uginają mi się nogi. Przytrzymuje mnie mocniej, a potem prowadzi
do sąsiedniego pomieszczenia. Tam, za ciężką kotarą, widzę
scenę, o której marzyłam przez wiele wieczorów niezaspokojenia.
Kilkunastu mężczyzn oraz ona – naga, z zasłoniętymi oczami i spiętymi
na plecach nadgarstkami. Klęczy na szerokiej leżance. Czeka.
Jej pan szepcze coś do ucha. Kobieta drży. Potem przytakuje,
a po kilku sekundach gorączkowo zaprzecza, jakby nie mogła się
zdecydować, czego chce. Mężczyzna łapie ją za włosy, lekko odchyla
jej głowę. Znowu coś do mówi. Ona przełyka ślinę, pokornie się
zgadza. Facet odsuwa się i kieruje w stronę pozostałych przyzwalający
uśmiech.
Powoli podchodzą. Niektórzy są nadzy, inni częściowo ubrani.
Zaczynają jej dotykać. Ich dłonie najpierw delikatnie masują skórę,
później kontakt staje się intensywniejszy. Cała drżę. Czuję się tak,
jakbym była na jej miejscu. Czy to właśnie chce mi dać Piotr?
Zerkam na niego, a on ma nadal na ustach ten tajemniczy grymas.
Obejmuje mnie, by po chwili powoli zsunąć z ramion sukienkę.
Kobieta jest już na czworakach. Jej pan wydaje ciche polecenia,
a ona je wykonuje.
Na moment przymykam oczy i zatracam się w bliskości z Piotrem.
Gdy je ponownie otwieram, patrzę na nagie ciało, dotykane
i penetrowane z każdej strony. Głośne jęki branej przez kilku mężczyzn
kobiety. Z podniecenia kręci mi się w głowie.
Sukienka spływa w dół. Niektórzy zaczynają zerkać w naszą stronę.
Ruchy Piotra są coraz bardziej zdecydowane. Jego dłonie pieszczą
moją skórę i powoli docierają tam, gdzie ich pragnę.
Przyjemność jest jednak chwilowa. Mój ukochany nieruchomieje,
a niepewność odbiera mi oddech. Boję się, że znowu mnie nie
zaspokoi.
W końcu wyczuwam ruch. Piotr sięga do kieszeni i wyciąga opaskę,
którą zasłania mi oczy.
– Twoja kolej – słyszę jak przez mgłę. – Teraz ty…

2
Teraz ja… Nareszcie!
Niestety, do mojej świadomości przedziera się dźwięk zupełnie
z innej bajki. Zaciskam mocno oczy. Nie teraz, błagam! Nie w tym
momencie!
– No, wstawaj! – Ręka ciężko opada na moje ramię. Krzyk, który
słyszę, przechodzi we wrzask.
– Cholera! – mamroczę pod nosem. Jeszcze próbuję wrócić do
ciemnej sali, a moje ciało nadal drży oczekiwaniem na spełnienie.
– Ewa, rusz się!
Podrywam się z jękiem pokonana przez rzeczywistość. Przez kilka
sekund siedzę na brzegu łóżka ściskając skronie, a potem wstaję.
Podchodzę do łóżeczka, z którego dochodzi rozdzierający nocną
ciszę płacz. Pochylam się, jeszcze na wpół przytomna sięgam po
wijące się na materacu ciałko. Podnoszę je i otaczam ramionami.
– Kochanie, mamusia już tu jest – mamroczę.
Po omacku przechodzę do drugiego pokoju. Cicho domykam
drzwi i zapalam światło. Krzyk, który na moment ucichł, wraca ze
zdwojoną siłą.
– Wiem, że cię razi, ale po ciemku nie dam rady – wzdycham.
Wciąż tuląc domagającego się jedzenia niemowlaka sięgam po
butelkę z mlekiem. Wkładam ją do podgrzewacza i modlę się, żeby
choć raz cały proces trwał krócej.
W międzyczasie sprawdzam pieluchę, kołyszę, szepczę uspokajająco.
Upewniam się, że nie jest spocony, znowu tulę, znowu szepczę.
Trochę się ucisza, ale dopóki nie dostanie mleka, nie przestanie
płakać. Cholerny żarłok! – uśmiecham się do niego z czułością.
W końcu mogę wziąć nagrzaną butelkę. Sprawdzam temperaturę,
dla pewności kilka razy potrząsam, po czym siadam w fotelu.
Układam mój skarb na ręce i patrzę jak desperacko dosysa się do
smoczka.
Odchylam głowę, przymykam powieki. Rany! Błoga cisza przerywana
tylko cichym mlaskaniem sprawia, że moje ciało się rozluźnia.
Już nie czuję koszmarnego napięcia, ale w mojej głowie wciąż
skaczą obrazy. Resztkami sił otwieram oczy. Muszę się od nich jak
najszybciej uwolnić! Patrzę na synka. Kocham go najbardziej na
świecie, choć nic nie jest tak, jak miało być.
Zaszłam w ciążę, która była niespodzianką – dla wszystkich, nie
tylko dla mnie. Ze względów medycznych teoretycznie nigdy nie
miałam szans na zostanie matką. Ale oswoiłam się z tym. Piotr też.
Razem czekaliśmy na córeczkę, bo tak po kolejnym USG powiedział
lekarz. Mówiłam do niej Zosia – miała mieć imię po mojej
babci, no i blond włosy – po mamusi i tatusiu.
A przy porodzie przeżyłam szok. Urodził się Gucio – rozwrzeszczany
łobuz z ciemną czupryną. Podobno ma taką po dziadku Piotra,
po którym zresztą dostał imię – Gustaw.
Głośno wzdycham. Ostatnie dwa miesiące to absolutna jazda
bez trzymanki. To nie tak miało wyglądać. Ile jeszcze wytrzymam?
Patrzę na przymknięte oczka pijącego mleko syna. Wiadomo, dla
niego zniosę wszystko. Ale jakim kosztem?
Po raz kolejny dopadają mnie myśli, których się boję. Czy idę
właściwą drogą? Czy mieszkanie tutaj, z Piotrem, jest najlepszym
rozwiązaniem dla mnie i dla małego? Ja długo dam radę wieść życie,
które wciąż wydaje się zupełnie nie moje?
Poprawiam maleństwo na ręce i chwilę bawię się ciemnymi włoskami.
Może powinniśmy wyjechać? Tak jak to planowałam jeszcze
w ciąży, ale ugięłam się słuchając argumentów Piotra – nie powinnaś,
stan wysokiego ryzyka, to też moje dziecko…
Wtedy zniknęłam na krótko i wróciłam z nadzieją, że z czasem
wszystko się ułoży. Ale tak się nie stało. Ciąża była jednym wielkim
koszmarem, o czym nikt nie wspomina w kłamliwych poradnikach.
Zamiast rozdzierającego serce szczęścia – ciągły ból, ograniczenia
i nieopuszczający nawet na moment strach. Przetrwałam myśląc
o małej istotce, którą wkrótce miałam powitać na świecie.
I faktycznie, moment, gdy po raz pierwszy zobaczyłam całego
i zdrowego Gutka, to najpiękniejsza chwila w moim życiu. Mimo,
że miał być dziewczynką, i że od pierwszych chwil praktycznie non
stop się awanturował.
Próbowałam pielęgnować tę radość. Nie załamał mnie brak mleka
– cóż, niektóre matki podobno tak mają, trudno, są butelki. Ani
ból rany po cesarskim cięciu – mężnie już drugiego dnia wstałam
i zaczęłam chodzić. Kolejne nieprzespane noce, pomarszczony
brzuch, który wciąż nie chce się spłaszczyć, obwisłe piersi – najpierw
urosły, a potem wrednie opadły…
Każdy dzień kończyłam myślą, że w końcu musi być lepiej. Że
przecież nadejdzie moment, gdy znowu poczuję się Ewą Linde –
silną, niezależną i zadowoloną z siebie babką. Nic z tego. Jutro mija
osiem tygodni i dalej jest do dupy.
Czuję łzy pod powiekami. Nie raz i nie dwa zalewałam się nimi
podczas karmienia synka. Zawsze mi z tym źle, bo irracjonalnie
boję się, że mały to czuje i odbiera moje nieszczęście tak, jakby był
jego przyczyną. A to nieprawda.
Cierpię, bo nie potrafię znaleźć wyjścia z pułapki, w której się
znalazłam. Nie umiem wrócić do dawnej siebie, takiej samej, tylko
spełnionej – bo z małym skarbem u boku. Więc może jednak powinnam
wyjechać? Zostawić Piotra?
Znowu rozpaczliwie wzdycham. To byłoby poddanie się, ucieczka.
Wciąż tli się we mnie nadzieja, że jakoś poukładamy wspólne
życie. Ale nie mam pomysłu jak. Rozdziera mnie pożądanie, a nie
potrafimy się do siebie zbliżyć. Owszem, próbujemy, jednak ciągle
nic nam nie wychodzi tak, jak powinno. Krzywię się na wspomnienie
pierwszej próby.
– Kochanie, byłam u lekarza.
– Aha.
– Dał nam zielone światło. – Uśmiecham się zalotnie. Tak
w każdym razie mi się wydaje. Poprawiam rąbek jedwabnej koszulki,
którą specjalnie kupiłam na ten nasz pierwszy poporodowy
raz.
Podchodzę, obejmuję go w talii, wtulam się w klatkę piersiową.
– Jesteś pewna?
Nie, cholera, nie byłam pewna! Niczego już pewna nie jestem!
Wciąż wstydzę się swojego ciała, które nie wygląda tak, jak wtedy,
gdy się poznaliśmy. Ale poradziłabym sobie z tym, gdybym poczuła,
że Piotr wciąż mnie pragnie.
Niestety, on widzi we mnie tylko matkę swojego dziecka, nie
obiekt seksualny. A ja muszę czuć jego pożądanie, jeśli ma się nam
udać.
Zerkam na Gucia. To jeden z nielicznych momentów, kiedy nie
mogę powstrzymać uśmiechu. Zasnął, przez sen ciamka smoczek,
z którego już nic nie leci, bo butelka jest pusta. To mu jednak nie
przeszkadza, ma zadowoloną minkę. Jest szczęśliwy. Najważniejsze,
że on, prawda?
Odkładam butelkę i ostrożnie go podnoszę. Opieram główkę na
ramieniu, wstaję. Kilka minut krążę po pokoju czule poklepując
drobne plecki.
– Beknij sobie, no… – zachęcam go szeptem. Jeśli mu się nie
odbije, już nie zasnę. Matczyne paranoje mi na to nie pozwolą. Na
szczęście w końcu słyszę głośny dźwięk.
– Dzielny chłopak!
Idę do drzwi, gaszę lampkę. Wchodzę do sypialni, całuję go
w główkę i układam z powrotem w łóżeczku. Z policzkiem wtulonym
w poduszkę jeszcze nasłuchuję cichego oddechu synka. A potem
odwracam się i z wahaniem dotykam pleców Piotra. Nie reaguje,
śpi jak zabity.
Przysuwam się bliżej i obejmuję go w pasie. Wciskam twarz
w kark, biodrami dotykam pośladków. Zawalczę jeszcze o nas,
obiecuję! – postanawiam. Jest mi źle, ale bez tego cudownego faceta
nie wyobrażam sobie życia. Musimy wymyślić sposób na odnalezienie
się w tej nowej sytuacji.

3
Budzi mnie cichy szept:
– Jakie mięciutkie!
Zaskoczona czuję dłonie ugniatające moje piersi. Leżę na boku,
wtulona plecami w ciepłe ciało, a o moje pośladki ociera się wyprężony
penis. Przymykam oczy. To rozkoszne! Poruszam odrobinę
biodrami i próbuję jeszcze bardziej docisnąć się do Piotra. Moją
szyję muskają gorące usta. Prężę się, wyginam. Ależ to przyjemne!
Piotr odwraca mnie. Teraz leżę na plecach, a jego ręka sunie po
moim brzuchu, coraz niżej, między uda. Przekręcam głowę. Ma
przymknięte oczy i rozanielony uśmiech na twarzy.
Wsuwam dłoń pod kołdrę, wkładam ją w bokserki. Zamykam
oczy, gdy uderza mnie potężna fala podniecenia. Jego członek pulsuje
w moich palcach, jest taki twardy! Z ust Piotra wyrywa się głośny
jęk.
Gwałtownie cofam rękę. Zszarpuję majtki, zarzucam udo na jego
biodro i przywieram całym ciałem. Tak bardzo pragnę poczuć go
w swoim wnętrzu! Piotr błyskawicznie reaguje, zsuwa bieliznę.
Kładzie się na mnie, wciska w materac. Na moment otwiera oczy
i patrzy uważnie w moje. A potem robi to, na co tak długo czekałam.
Stęsknione ciało przyjmuje go od razu, całego, do końca. Gorączkowo
wbijam paznokcie w napiętą skórę na jego plecach.
Zaczynamy się poruszać, w idealnym rytmie, spleceni ze sobą,
spragnieni. Mocno obejmuję go za szyję. Chcę szybciej i więcej.
Piotr uderza coraz mocniej biodrami, oboje rozpaczliwie gonimy
nasze spełnienie.
Nagle poranną ciszę, w której pobrzmiewają tylko nasze jęki
i posapywania, rozdziera krzyk. Nie kwilenie, czy cichy płacz, który
moglibyśmy jeszcze przez moment ignorować. Gutek drze się, jakby
nie jadł od miesiąca.
– Kurwa! – Piotr zastyga. Dotyka czołem mojego, a potem zsuwa
się na bok. Leży na plecach, zasłania ramieniem oczy i zaciska
szczękę.
Łzy zbierają mi się pod powiekami. Łączę uda, kulę się. Jeszcze
drżę. Przez moment myślę, czy nie doprowadzić się ręką do szybkiego
orgazmu, ale po kilku sekundach, pokonana, podnoszę się
i powtarzam za nim z jeszcze większą złością:
– Kurwa!
Wstaję i pochylam się nad rozdzierająco płaczącym maleństwem.
– To by było na tyle à propos nocnych przemyśleń, co? – mamroczę,
kiedy biorę go na ręce. Bez słowa wychodzę na korytarz i schodzę
na parter. W kuchni układam wciąż ryczącego Gutka w leżaczku.
Jak najszybciej staram się podgrzać mleko dla niego.
– Jesteś pieprzonym terrorystą, wiesz? – gadam do siebie. – Jeden
cholerny raz, ten jeden jedyny, mógłbyś poczekać parę minutek.
Ale nie, jeść, jeść – przedrzeźniam jego płacz. – Ile jeszcze, co?
– marudzę, gdy znowu biorę go na ręce. Wciąż wkurzona wkładam
mu smoczek do ust i siadam na krześle. Patrzę na jego buźkę. –
Nie mogłeś poczekać, serio? – mówię, ale już opada złość. Ogarnia
mnie rezygnacja.
Po chwili czuję ręce na ramionach. Piotr staje za mną i pochyla
się. Opiera brodę o moją głowę.
– Niby taki słodki, a taka wredna bestia – mówi.
Wzdycham.
– Musimy coś z tym zrobić. Ja już nie daję rady – wyrzucam
z siebie.
– To znaczy? – Piotr siada na krześle obok i patrzy na mnie.
– Serio? Jeszcze pytasz?
– No, wiesz… Mamy dziecko, które ryczy, jak chce żreć. Tak to
chyba zawsze wygląda. Skąd miał wiedzieć, że tatuś akurat chciał
puknąć mamusię? – Śmieje się machając Gutkowi palcem przed
nosem.
– Mnie to już nie bawi – mówię poważnym tonem.
– To znaczy?
– To znaczy, to znaczy… Zaciąłeś się? Piotr, do cholery! Co się
z nami stało? – staram się nie podnosić głosu, ale z trudem hamuję
irytację. – Od miesięcy wszystko się kręci wokół dziecka – najpierw
ciąża, nie, nie powinniśmy, urodzisz i zobaczysz, jak poszalejemy –
przedrzeźniam go. – Urodziłam, i co? Gówno – kończę cicho. Chce
mi się płakać.
– Chodzi ci o seks?
Patrzę na niego. Naprawdę o to pyta? On?
– O seks, o bliskość, o pożądanie! Gdzie my jesteśmy? Nigdzie,
bo po prostu nas nie ma. Jest tylko Gucio i jego potrzeby.
– Bo tak powinno być. Póki co, on jest najważniejszy.
– I pewnie zawsze będzie. Ale co z nami? Już nigdy nie odzyskamy
ani odrobiny siebie? – Patrzę na niego ostro. Jestem ciekawa,
czy wie, jak istotne jest dla mnie to, co teraz powie.
– Nie… – Piotr zaczyna się jąkać. – Może rzeczywiście masz rację,
że powinniśmy powoli się jakoś organizować?
– Właśnie! – sapię z satysfakcją. – Gdybyś wiedział, co mi się
dzisiaj śniło! Oszaleję, Piotr, jeśli nadal tak będzie, naprawdę!
Zaciekawiony mruży oczy.
Zerkam na młodego. Kończy pić i już odlatuje. Bardzo ostrożnie
się podnoszę, odkładam butelkę i kilkanaście sekund poklepuję
plecki. Zapinam go w leżaczku.
– Powinnaś dłużej. – Piotr wstaje.
– Wystarczy. Przecież jesteśmy tuż obok. – Macham ręką podkreślając
odległość dzielącą nas od dziecka.
– Ale mu się nie odbiło.
– Beknął cichutko.
– Ale za mało.
– Piotr! – mówię ostrzegawczo.
– Okej. – Przewraca oczami. Potem podchodzi i mnie obejmuje.
– Czyli co ci się śniło?
Wtulam się w niego i szeptem zaczynam opowiadać. Gdy dochodzę
do wizji kobiety przy słupie, jesteśmy już w kącie za wielką lodówką.
Zaczynamy się całować. Ręce Piotra gwałtownie eksplorują
moje ciało. Dociska mnie do ściany, obejmuję jego biodra nogami.
Odpływam. Mam wrażenie, że pożądanie mnie zaślepia…
– Kochani, gdzie jesteście? – nagle słyszę znienawidzony głos.
– O, moja perełka! Tiu, tiu, mój skarbek! Kto cię tu tak samego
zostawił?

4
Kolejne już dzisiaj soczyste przekleństwo w ustach Piotra nie
robi na mnie wrażenia. Zaciskam oczy, potem popycham go na środek
kuchni. Sama czekam z dłońmi zwiniętymi w pięści, aż choć
odrobinę się uspokoję i wyrównam oddech.
Jak to, do cholery, możliwe, że wpakowałam się w coś takiego?!
Ja! Mam ochotę walić pięściami w ścianę i kopać. Muszę coś z tym
zrobić!
Po kilkunastu sekundach wychodzę w końcu zza lodówki i patrzę,
jak obca dla mnie kobieta tuli mojego syna.
– Tęsknił za babunią – zawodzi przesłodzonym głosem.
Mam ochotę jej go wyrwać, ale opanowuję się.
– Nie uprzedziła pani, że wpadnie – mówię z trudem hamując
złość.
– Przecież nie muszę, prawda, synku? – Patrzy na Piotra z absolutną
pewnością siebie.
– Wolelibyśmy…
– Przecież to twój dom – babsko mocno podkreśla przedostatnie
słowo. – Więc w zasadzie mój też, prawda? – Patrzy na mnie
z wrednym uśmieszkiem.
Mam, do cholery, dość!
– Idę wziąć prysznic – mruczę i oddalam się. To się nie uda, już
jestem tego pewna.
Długo stoję pod strumieniem ciepłej wody. Potem wycieram się
miękkim ręcznikiem i patrzę na siebie w lustrze. Krzywię się. Dotykam
pomarszczonej skóry na brzuchu, analizuję każdy rozstęp na
biodrach. Pieprzeni kłamcy! Wcierałam w siebie milion kremów,
a i tak skóra się porozłaziła. Próbuję się pocieszać tym, że z czasem
zbledną i będą mniej widoczne, ale tak naprawdę jestem załamana.
W lustrze nie widzę siebie, tylko jakąś zupełnie obcą osobę. Jak to
się mogło stać?
W garderobie wbijam się w dżinsy – oczywiście wciąż odrobinę
za małe. Gdybym karmiła, już pewnie nie miałabym tych dwóch
czy trzech nadprogramowych kilogramów. Ale nawet tego mi natura
poskąpiła. Dotykam bezużytecznych piersi, szeptem powtarzam
kilka przekleństw i zakładam rozciągniętą koszulkę. Po co się mam
stroić, skoro i tak cały dzień spędzę w domu?
Kiedy wracam do kuchni widzę, że matka Piotra zdążyła już
wszystko poprzestawiać po swojemu.
– Trochę wam tu posprzątałam. – Uśmiecha się do mnie z satysfakcją.
Próbuję odpowiedzieć podobnym grymasem, ale mam ochotę
walnąć głową w najbliższą szafkę. Nie, nie mieliśmy tu bałaganu.
Na blatach nie leżały okruszki, a w zlewie nie stały brudne gary. To
babsko po prostu musi na każdym kroku podkreślać, że jest u siebie,
a ja nie.
– Co zamierzasz dzisiaj robić, kochanie? – zwraca się do mnie.
Jest niesamowita, muszę to przyznać. To jedyna znana mi osoba,
w której ustach słowo kochanie potrafi brzmieć jak najgorsza
obelga.
Najpierw chcę odpowiedzieć, że zajmę się tym, co zwykle – czyli
Guciem. Ale czuję jak moje wnętrze rozsadza bunt. Naprawdę dłużej
tego nie zniosę. Nie dam rady tu wciąż siedzieć jak w więzieniu.
W mojej głowie rodzi się plan.
– Pojadę do Warszawy. Sprawdzę, czy w moim mieszkaniu
wszystko gra, a potem zajrzę na chwilę do pracy – mówię.
Piotr patrzy na mnie zaskoczony, a jego matka oburzona pyta:
– A co z dzieckiem?
– Jak to co? – Unoszę kącik ust. – Pojedzie ze mną.
– Chyba żartujesz!
– Słucham? – Już wiem, że to było najlepsze, co mogłam wymyślić.
Podnoszę się i podchodzę do małego. Biorę go na ręce. – Zrobimy
sobie wycieczkę, co? – szepczę do maleńkiego uszka.
– Nie możesz z nim tak sobie jeździć. – Babsko nie odpuszcza.
– Piotr? – Zerkam na mężczyznę mojego życia, który za chwilę
może już przestać nim być.
– Tak?
Oczywiście udaje, że nie rozumie, w czym rzecz. Ale nie, nie jest
mi go żal. On twierdzi, że znajduje się między młotem a kowadłem,
niestety problem w tym, że nie chce widzieć chorych zachowań
swojej matki.
– Idę go przebrać. – Wychodzę.
Za plecami słyszę jazgotliwe uwagi, ale tylko uśmiecham się pod
nosem. Kiedy Gutek jest już gotowy do drogi, w pokoju pojawia się
Piotr. Staje w drzwiach z poważną miną.
– Poczekaj chociaż. Za dwie godziny jadę do pracy, mam kilka
spotkań. Możemy…
– Ty pójdziesz na spotkania, a ja wtedy gdzie będę?
– Wysadzę cię na Żurawiej i potem zabiorę.
Podchodzę do niego.
– Piotr! Czy ty też, jak twoja matka, uważasz mnie za ograniczoną
umysłowo i niezdolną do samodzielnego funkcjonowania? Czy
również sądzisz, że jestem najgorszą matką na świecie, której należałoby
zabrać dziecko?
– Jasne, że nie – odpowiada natychmiast. – Ale… – Chwilę analizuje
to, co powiedziałam. – Dlaczego masz o niej tak złe zdanie?
Biorę głęboki oddech, przewracam oczami.
– Jak możesz tego wszystkiego nie widzieć i nie słyszeć?
– Daj spokój, ona chce dobrze.
– Hitler też zdaniem niektórych chciał – cedzę. – Jej marzeniem
jest, żebym zniknęła z twojego życia, bez Gutka oczywiście.
– Przesadzasz.
– Przekonasz się. Zresztą nieważne. Jadę z małym, teraz. Dzwoń,
gdyby coś. – Staję na środku pokoju z torbą i sprawdzam, czy
wszystko spakowałam. Pieluchy, mleko, chusteczki, woda, ubranka,
przenośny przewijak…
Piotr podchodzi i wyjmuje mi ją z ręki. Odkłada ją na bok, potem
dotyka moich policzków i patrzy w oczy.
– Porozmawiam z nią.
Przez moment czuję nadzieję, że coś się zmieni. Że on też tego
chce, bo widzi, jak brniemy w kompletnie złym kierunku. Tym
większe jest rozczarowanie, gdy słyszę:
– Ale i tak przesadzasz.
– Oczywiście. – Przekręcam głowę i odsuwam się. – Wrócę jakoś
po obiedzie – mówię, gdy biorę Gutka na ręce.
– Ale nie jedziesz swoją toyotą? – słyszę jeszcze za plecami.
Jasne, to najważniejsze! Nie liczę się ja, moje uczucia, to, jak mi
źle. Ważne, czy jego dziedzic będzie się rozbijał po mieście wypasioną
terenówką.
– Nie, wezmę volvo. Jest przecież najbezpieczniejsze – w moim
głosie słychać kpinę, ale właśnie tak zrobię. Nie chcę toczyć kolejnej
wojny, tym razem o samochód.
Wychodzę z pokoju i słyszę kroki za sobą. No jasne, pójdzie za
mną do garażu, żeby upewnić się, czy prawidłowo zapięłam naszego
syna w foteliku.
– Zostań tu! – Nie wytrzymuję.
– Ale ja tylko…
– Zostań! – Narasta we mnie furia. Mały to wyczuwa i zaczyna
popłakiwać. – Nie jestem, do cholery, upośledzona! – mamroczę,
kiedy powoli schodzę do holu.
Stoi w nim ta przeklęta kobieta. Oczywiście musiała podsłuchiwać.
Uśmiecha się złośliwie, jakby chciała powiedzieć: Jesteś, kochanie,
jesteś. Jednak zamiast tego mówi przesłodzonym tonem:
– Pomyślałam, że pojadę z wami. Wpadnę sobie przy okazji do
fryzjera… Też mogłabyś. – Patrzy z obrzydzeniem na moje naturalnie
układające się loki.
– Dziękuję, to jednak tylko nasza wycieczka. – Ściskam mocniej
synka i mierzę się z nią wzrokiem. – Ale wie pani, co? Skoro
ma pani tak dużo wolnego, niezagospodarowanego czasu, to może
podrzucimy Gucia w weekend? – Nie mogę uwierzyć, że dopiero
teraz przyszła mi do głowy tak genialna myśl. To znaczy, jasne, już
wcześniej marzyłam czasem o tym, żeby choć na parę godzin ktoś
zajął się małym. Ale nigdy nie zamierzałam oddać go tej babie.
Teraz jednak uznaję, że skoro nie mogę się od niej uwolnić, to ją
przynajmniej wykorzystam.
– Jak myślisz, Piotr? – Zerkam na niego, bo oczywiście lazł za
mną. – Od sobotniego poranka do niedzielnego obiadu. Cudownie,
dziękujemy! – Nie daję jej szansy na odmowę. Podchodzę, całuję
w policzek i znikam za drzwiami.
To maleńkie zwycięstwo chwilowo poprawia mi humor. Niestety
już kilka minut po wyjeździe z Konstancina czarne myśli wracają.
Jak mogłam się tak wpakować? Oczywiście nie chodzi o Gucia, ale
o wszystko inne, co zmieniło jego pojawienie się.
Walczę z dołującymi myślami, a kiedy stawiam fotelik na stole
w swoim mieszkaniu w śródmieściu i robię spacer po trochę zakurzonych,
od kilku dni niewietrzonych pokojach, podejmuję decyzję.

5
– No więc wyprowadzam się i wracam z Guciem na Żurawią –
komunikuję Lilce, mojej przyjaciółce, po śmierci ukochanej babci
chyba najbliższej mi osobie.
Zaskoczona patrzy na mnie.
– Żartujesz? Czekaj, nie widziałyśmy się prawie miesiąc, wpadasz
na moment do firmy – kiwa głową w stronę budynku, w którym
razem pracujemy – i zrzucasz taką bombę? Co się dzieje?
– Zmartwiona nachyla się i dotyka mojej dłoni. – Przecież przez
telefon zawsze ćwierkałaś zachwycona?
Ciężko wzdycham. Zerkam na śpiącego w foteliku synka, a potem
na Lilę.
– A jak miałam się nie zachwycać? Przecież mam cudowne, zdrowe
dziecko, pięknego i bogatego faceta, mieszkam we wspaniałej
willi w Konstancinie i niczego poza zajmowaniem się dzieckiem nie
muszę robić. Jestem w raju, nie? – Z trudem panuję nad łzami,
które zbierają się w kącikach oczu.
Lilka wpatruje się we mnie, potem mocno ściska za rękę.
– Mów, już bez jakiegokolwiek ćwierkania.
– To jest jakiś koszmar! – zaczynam wyrzucać z siebie całą frustrację.
Mówię o Piotrze, o domu, który jest dla mnie jak więzienie,
o koszmarnym babsku robiącym wszystko, by zniszczyć nasz związek.
I o Guciu wyjącym w nocy jak opętany.
– Jesteś po prostu zmęczona – podsumowuje Lila po kilkunastu
minutach słuchania moich żali.
– Zmęczona? Czym? Nocnymi pobudkami? Przecież w dzień
mogę je odsypiać, kiedy młody ma drzemki – przedrzeźniam matkę
Piotra.
– Nie chodzi o fizyczne zmęczenie, choć to też. – Lilka patrzy na
mnie uważnie. – Może masz depresję poporodową?
– Nie. – Kręcę głową. – Już o tym myślałam, nawet pytałam lekarza.
Jak sama nazwa wskazuje – to przypadłość poporodowa,
a minęły już dwa miesiące. Poza tym nie brakuje mi chęci do życia,
tylko… nie chcę, żeby ono tak wyglądało.
– Nieprawda, doły, a nawet depresja mogą cię dopaść zawsze.
– Ale ja nie jestem załamana ot tak, bez racjonalnych powodów.
Męczą mnie fakty, to, co się naprawdę dzieje. Lilka, poważnie, ja
nie wyolbrzymiam. To wszystko zmierza w fatalnym kierunku.
– Dobrze, po kolei. Cholerna teściowa…
– Żadna teściowa! – Udaję przerażenie. – Jeszcze tego by brakowało!
– Okej, teściowa w cudzysłowie. – Lilka wykonuje palcami gest
w powietrzu. – Musicie z nią zrobić porządek, bo wierzę, że jej zachowanie
jest dla ciebie nieznośne.
– Co z tego, jeśli Piotr nie widzi problemu. Albo nie chce widzieć.
Sama wiesz, jak bardzo jest związany z rodzicami. Trudno będzie
mu otworzyć oczy.
– To jej znajdź jakieś zajęcie.
– To znaczy?
– Podrzucaj małego jak najczęściej. Zawoź go do niej i unikaj sytuacji,
które wymagałyby przyjścia do was.
Patrzę na moje śpiące maleństwo. Miałabym go regularnie oddawać
tej babie?
– Wiem, co czujesz, ale tylko w ten sposób załatwisz dwie sprawy
– ona się trochę od was odsunie, a wy będziecie mieli więcej czasu
dla siebie.
– Już nawet to zaproponowałam, kiedy dzisiaj wychodziłam –
przypominam sobie. – Ale w złości, nie przemyślałam tego…
– O, widzisz. Więc nie kombinuj, tylko tak rób. Dzięki temu trochę
odetchniesz i będziesz mogła zająć się sobą.
– Też uważasz, że jestem zaniedbana? – Unoszę głowę i wbijam
w nią zaskoczony wzrok.
– Co? Nie! Dlaczego zaniedbana?
– Ta baba w kółko wbija mi takie szpileczki.
– Krowa! – Lilka wzdycha. – Wyglądasz pięknie.
– Bo nie widziałaś mojego brzucha – jęczę.
– Cholera, Ewa! Jesteś chwilę po urodzeniu dziecka. Nie możesz
mieć gładziutkiej skóry i kaloryfera.
– Niektóre mają.
– Taaa, w photoshopie chyba. Ja prawie rok walczyłam.
– Ale ty urodziłaś bliźniaki, to konkretny hardcore.
– Więc ty sobie daj przynajmniej połowę tego czasu. No, nie wierzę!
– Odchyla się na krześle i mruży oczy. – Zawsze byłaś taka
silna i pewna siebie, a teraz jakaś fałdka cię dołuje?
– Milion fałdek, miliard rozstępów – wzdycham. – Ale masz rację,
muszę się wziąć w garść. Zresztą stąd ten pomysł z wyprowadzką
– wracam do początku naszej rozmowy.
– Moim zdaniem to nie jest dobry plan. Bo tak naprawdę uszczęśliwisz
to babsko. Skoro teraz jesteś blisko Piotra, a i tak macie
trochę pod górkę, to co będzie, gdy się wyniesiesz? Ona go będzie
podjudzała, a urażona duma i męska ambicja go zaślepi. No bo jak
to? Strzeliłaś focha i zwiałaś z dzieckiem? Spójrz na to jego oczami
– przychyla ci nieba. Chce tobie i małemu zapewnić wszystko,
co najlepsze. Stara się, nawet jeśli te starania nie zawsze odnoszą
oczekiwany skutek. – Lilka się uśmiecha. – Przypomnij sobie, jaki
był zanim zaczęliście się spotykać.
Zamyślam się. Niechętnie muszę przyznać, że Lilka ma dużo racji.
Mogę się wkurzać na Piotra, obwiniać go, ale jego życie też się
zmieniło. Nie jest już luzackim imprezowiczem spędzającym każdy
weekend w innym klubie albo łóżku.
– Wracaj do Konstancina i zawalcz, mówię ci. Babsko niech się
zajmie wnuczkiem, a wy spróbujcie odnaleźć tę iskrę, która was połączyła.
Będzie dobrze. – Lilka przysuwa krzesło bliżej i przytula
mnie.
– Masz rację, tak zrobię. – Kiwam głową.
Zmęczona roztrząsaniem swojej sytuacji zmieniam temat i chwilę
rozmawiamy o pracy. W firmie producenckiej, dla której piszemy
scenariusze i przygotowujemy dokumentacje programów telewizyjnych
zaszły ostatnio spore zmiany. Współwłaściciele, czyli między
innymi Tomasz – facet Lilki, i Piotr – mój ukochany, zdecydowali
o znacznym doinwestowaniu G-Media.
Skutkiem była przeprowadzka z niewielkiego segmentu na Sadybie
do wypasionego biurowca w Miasteczku Wilanów, w knajpce
obok którego właśnie teraz siedzimy. Do zespołu dołączyło kilkanaście
nowych osób, a z kameralnej firemki zrobiła się potężna, prężnie
działająca fabryka – jak z przekąsem zaczęłyśmy mówić o tym
miejscu.
Plotki przerywa nam telefon Lilki. Z rzucanych słów wyłapuję, że
dzwoni Tomek. Czuję wyrzuty sumienia. Żalę się, marudzę, a nawet
nie zapytałam, co u niej słychać. Gdy tylko się rozłącza, postanawiam
to naprawić:
– A co u was?
– Dobrze – rozpromienia się. – Pamiętasz jak się martwiłam co
będzie z nami, gdy wrócą dzieci?
Nastoletnie bliźniaki Lili przez rok mieszkały u ojca w Paryżu.
Od początku wakacji znowu miały być w Polsce i moja przyjaciółka
bała się, jak to wpłynie na wzajemne relacje. Tym bardziej, że Tomasz
też ma córkę – ledwo co pełnoletnią. Prawdziwa patchworkowa
rodzinka.
– Pamiętam. – Energicznie przytakuję. – I co?
– Sielanka! – Lila się śmieje. – Do tego stopnia, że… – Wystawia
rękę i dopiero teraz zauważam na jej palcu piękny, choć nieduży,
pierścionek.
– Naprawdę? – Jestem zaskoczona, ale w bardzo pozytywnym
sensie.
– Też byłam w szoku. W ogóle o tym nie myślałam. Właściwie już
nigdy nie zamierzałam ponownie wychodzić za mąż. Tomek się jednak
uparł, a ja stwierdziłam, że w sumie, czemu nie? – Chichocze.
– Tak się cieszę! – Obejmuję ją i mocno ściskam. – Ale czad!
Dawno?
– Świeżutka sprawa, przedwczoraj.
– Czyli Piotr może jeszcze nie wiedzieć?
– Wie. Podobno sam strasznie Tomka namawiał i pomagał mu
kupić to cudo. – Zachwycona przygląda się pierścionkowi. – Ale
tobie nie mówił, bo uznali, że będę chciała sama…
– I słusznie! To kiedy ślub? Jakiś garniturek będę musiała mu
wykombinować. – Parskam śmiechem na myśl o Guciu w takich
ciuchach.
– Szybko. Nie planujemy niczego wielkiego. Wiesz, urząd, potem
imprezka dla najbliższych.
– No i panieński, który ci zorganizuję.
– O nie, już mnie nie bawią takie akcje. Ale spić się razem możemy.
Panowie też raczej nie będą się oszczędzali.
– Na pewno.
Radosna bańka, do której na moment zabrała mnie Lilka, niestety
szybko pęka. W kawiarni rozlega się płacz. Przewracam oczami,
ale już nie dołuje mnie to tak, jak wcześniej. Zawalczę i nie poddam
się. W drodze do domu zaczynam układać plan.

6
Po powrocie do Konstancina uświadamiam sobie, jak w miarę
pokonywanych kilometrów rosło we mnie napięcie. Jej auto będzie
na podjeździe, czy nie? Niesamowite, jaki wpływ na mój nastrój ma
ta straszna kobieta!
Na szczęście, gdy brama się otwiera, widzę tylko swój stary samochód.
Bosko! Piotra też nie ma. Nawet lepiej, przyda mi się
chwila samotności. Choć to pojęcie względne – mruczę pod nosem
i uśmiecham się do Gucia.
Przewijam go i przebieram, jem obiad, a potem szaleję z małym
na kocu w ogrodzie. Gdy przychodzi pora drzemki, a Gutek zaczyna
marudzić, karmię go i układam w wózku. Potem długo leżę na trawie.
Gapię się w błękitne niebo. Czuję się znacznie lepiej niż rano.
Wierzę, że mam siłę, by wszystko poukładać tak, żebyśmy byli
szczęśliwi. W trójkę.
Nagle przychodzi mi do głowy pewna myśl. Podrywam się. Włączam
elektroniczną nianię i wchodzę do domu. Wdrapuję się na
piętro. Staję pod drzwiami pomieszczenia, do którego od dawna
nie zaglądałam. Dlaczego? Bo wiążą się z nim wspomnienia przedciążowych czasów. Namiętnych, kipiących pożądaniem, wolnością
i brakiem ograniczeń. Tak bardzo innych od tego, co teraz. To bolesne.
A jednak czuję potrzebę, by tu wejść. Chcę przywołać w pamięci
te chwile, by choć przez moment poczuć się taka, jak wtedy. Dotykam
klamki i otwieram drzwi.
Pokój jest wysprzątany, to znaczy, że Piotr tu regularnie zagląda.
Ciekawe, jak on sobie radzi ze swoimi potrzebami? Gdy byłam
w ciąży, traktował mnie jakbym była z kruchego szkła. A potem?
Szkoda gadać – bezwiednie macham ręką. Koniecznie muszę z nim
porozmawiać, dość czajenia się – postanawiam.
Patrzę na wielkie łoże z kolumnami, do których przymocowane
są metalowe obręcze ułatwiające przypięcie kajdanek lub przywiązanie
lin. Wbijam wzrok w specjalną leżankę, kozła, pufę… Podchodzę
do ściany zabudowanej od ziemi do sufitu szafkami. Otwieram
je po kolei. Specyficzny zapach skóry i gumy sprawia, że głośno
przełykam ślinę. Działa na mnie, jak zawsze.
Dotykam drewnianych rękojeści pejczy, bicza, przykładam do
skóry rożnego rodzaju packi. Potem przesuwam dłonią po rzędach
wibratorów, zatyczek i innych cudownych rzeczy. W mojej głowie
odtwarzają się sceny, gdy Piotr traktował mnie tak, jak lubiłam –
jak swoją własność, z którą może robić, co chce.
Mam ogromną ochotę założyć seksowną bieliznę, szpilki, pończochy…
Potem klęknąć tutaj – zerkam na miękki dywan. I czekać,
aż mój pan wróci. Unoszę lekko kącik ust. Pewnie przyszedłby i powiedział:
Zwariowałaś?
A może nie? Przez moment korci mnie ten pomysł, szybko jednak
z niego rezygnuję. Nie zaryzykuję. Za bardzo taka reakcja by
mnie zabolała. To już mógłby być koniec. Zamiast tego wdrapuję
się na wysokie łoże i układam w ciemnej pościeli. Kulę się, wtulam
głowę w poduszkę i przyciskam do siebie elektroniczną nianię. Pogrążam
się we wspomnieniach.
Podskakuję wystraszona, gdy wyczuwam ruch na materacu.
Chyba się zdrzemnęłam. Spanikowana najpierw rzucam okiem na
urządzenie, ale nie słychać żadnych dźwięków wskazujących na to,
że Gutek się obudził. Trochę uspokojona przesuwam wzrok na Piotra,
który usiadł obok.
– Nie chciałem cię wystraszyć.
– Mam nadzieję. – Uśmiecham się niepewnie. Nie wiem, jak rozumieć
jego spojrzenie. Patrzy na mnie dziwnie, jakby próbował
rozstrzygnąć jakiś dylemat. Ale po chwili milczenia mówi zupełnie
neutralnym głosem:
– Więc wreszcie tu zajrzałaś? – Rozgląda się.
– Wreszcie? – Co ma na myśli? Czekał, aż ja będę gotowa? Przecież
zawsze byłam.
– Miałem wrażenie, że unikasz tego miejsca. – Przygląda mi się
uważnie.
– Ja? Naprawdę, ja? – Aż podrywam się. – Przecież to ty nie
chciałeś. Ja prosiłam, a ty…
– Nie mówię o chceniu czy niechceniu, ale o niewchodzeniu do
jakiegoś pokoju.
Aha, widzę to. Wycofuje się.
– Uważam, że powinniśmy porozmawiać. Nie może być tak, jak
jest. Ja nie dam rady. – Postanawiam wszystko z siebie wyrzucić.
Tylko co z tego, jeśli on znowu obróci nasze problemy w żart, albo
po prostu stwierdzi, że nie rozumie, o co mi chodzi?
Na szczęście nie. Widzę, że się zastanawia na moimi słowami.
– Co dokładnie masz na myśli? – pyta w końcu.
– Nas. Nas i Gucia. Nas i twoją matkę. Mnie. Ciebie. Wszystko.
– Chodzi ci o te dwa dzisiejsze razy? Możemy teraz to nadrobić.
– Przysuwa się bliżej.
Zaplatam ręce na piersi.
– Musimy to nadrobić, bo ja już nie mogę. Ale nie tak. Oddajmy
Gucia na noc twojej matce, jak rano wspominałam, i zabawmy się
tu. – Wodzę wzrokiem po pokoju. – Ostro i konkretnie, jak kiedyś.
– Wbijam w niego spojrzenie.
Przełyka ślinę. Bierze kilka głębszych oddechów.
– Wołałbym najpierw jakoś tak… normalnie.
– Dlaczego?
– Jezu, nie wiem. – Zaczyna się irytować. – Pragnę cię, zobacz,
już mi stoi – dotyka swojego krocza. – Ale… Jesteś matką mojego
syna. Chyba nie potrafię traktować cię źle, nawet jeśli to tylko seks.
Opadam na łóżko i zanurzam twarz w dłoniach.
– I w tym rzecz. A ja mam wrażenie, że się duszę. Chcę bliskości
z tobą, czułości, porządnego orgazmu. Ale potrzebuję też tych
doznań, które mi wcześniej dawałeś. – Patrzę na niego, mimo że
z emocji zaczynają mi błyszczeć oczy. – Łączy nas dziecko, już na
zawsze, ale chcę wrócić też do tego, co związało tylko nas. – Macham
ręką w dzielącej nas przestrzeni. – Nie kręcił cię tylko mój
tyłek i zwykły seks…
– Jak to nie?
– Nie tylko – mocno podkreślam. – Zresztą, przecież sam wiesz,
o czym mówię. – Zrezygnowana wzruszam ramionami.
Przysuwa się bliżej i mnie obejmuje.
– To może małymi kroczkami? Teraz zwykły, najnormalniejszy
pod słońcem seksik, a jak się rozkręcimy…
– Nie przestanę nagle być matką twojego syna – wzdycham.
– Może z czasem nauczę się o tym zapominać?
Uśmiecham się smutno, ale odwracam głowę w jego stronę.
Przytrzymuje mi policzki i całuje. Bawi się moimi ustami, powoli
wdziera się w nie językiem. Podoba mi się to. Mogłabym długo się
tak z nim droczyć, ale mój wzrok pada na cholerną nianię. Wykręcam
głowę.
– Jeśli nie chcemy powtórki z poranka… – Znacząco kiwam
w stronę urządzenia.
– Okej, kumam. – Piotr podrywa się i szybko zrzuca ciuchy. Parskam
śmiechem, ale robię to samo. Już nadzy przywieramy do siebie
i wracamy do przerwanego pocałunku. Teraz jest jednak gwałtowniejszy.
Głębszy, bardziej gorączkowy. Próbuję się rozluźnić
i nie myśleć o tym, że w każdej sekundzie możemy usłyszeć wrzask.
Dotykam twardej już męskości Piotra, tłamszę dłońmi skórę na
jego plecach. W końcu popycha mnie na pościel i przygniata swoim
ciałem. Gwałtownie wchodzi w moje wnętrze, uderza biodrami, raz
za razem, potem odwraca i bierze od tyłu.
Dochodzę, gdy władczo przydusza mi głowę do materaca, a na
pośladek spada mocny klaps. Dostaję namiastkę, ale to i tak dużo.
Szybko mam drugi orgazm, gdy Piotr z całej siły wbija się we mnie.
Bierze mnie dokładnie tak jak lubię, aż sam osiąga spełnienie. Opada
na mnie, ciężko dyszy. Wciągam głośno powietrze. Jest cudownie.
Ledwo uspokajamy oddechy, gdy rozlega się wyczekiwany krzyk.
Tym razem jednak z czułością patrzę na głośnik.
– Kochane dziecko! – Przeciągam się.
Piotr jeszcze na moment mnie przytula, potem wstajemy i szybko
się ubieramy. Obserwuję go. Widzę, że z niego też opadło sporo
napięcia. Brakowało nam takiej chwili, zdecydowanie. Może ma rację
– małymi kroczkami i będzie dobrze?
Objęci schodzimy do ogrodu. Wyciągam z wózka Gutka, gdy słyszę:
– Zapomniałem ci powiedzieć. Mama zaprasza nas w sobotę na
kolację.
I cały cudowny nastrój błyskawicznie znika.
– W tę sobotę, kiedy miała zabrać małego?
– Jeszcze się nie zgodziła. Ale może go potem zostawimy? Kolacja
dlatego, że chcą z ojcem coś ogłosić.
– Możesz iść sam. – Próbuję się ratować.
– Proszę. – Podchodzi i mocno nas obejmuje. – Pójdziemy wszyscy,
dobrze?
Wzdycham. Patrzę w niebo ponad jego ramieniem. Oczywiście.