“Błądząca we mgle” – fragment

1
Koniec sierpnia – Warszawa

Siedzę wciśnięta w fotel i ciężko oddycham. Mam chwilowy kryzys
– za mało snu oraz jedzenia, za dużo alkoholu i papierosów.
Kręci mi się w głowie, a żołądek jest zaciśnięty w supeł. Zerkam na
trzymaną w dłoni szklankę z kolejnym drinkiem, potem patrzę na
towarzystwo w pokoju.
Julka – moja przyjaciółka – obściskuje się na kanapie z Marcelem,
chłopakiem, który jest całkiem sympatyczny, pod warunkiem,
że ma pod ręką jointy. Haribo i Adek – obaj trochę starsi, podobno
coś studiują, ale póki co mają wakacje, więc całymi dniami piją,
grają na konsoli i bawią się z kolejnymi dziewczynami. No i Zimny,
który z nieodgadnioną miną przegląda coś w telefonie.
Julka mi kiedyś tłumaczyła pochodzenie każdej ksywki, ale zapamiętałam
tylko to – Zimny, bo Zimnicki. Proste i idealnie pasujące
do wyrazu jego oczu. Boję się go. Oczywiście udaję twardzielkę, jednak
tak naprawdę zawsze czuję się nieswojo, gdy patrzy na mnie.
Jest szefem całego towarzystwa, wszyscy liczą się z jego zdaniem
i robią, co im każe. Nawet jeśli to nielegalne lub po prostu złe.
Ukraść coś dla zabawy ze sklepu – lecą w podskokach. Poderwać
i przelecieć panienkę, a potem wyśmiać ją przy wszystkich – proszę
bardzo.
Czasem zastanawiam się, dlaczego Zimny mnie traktuje inaczej
– nie zmusza do uczestniczenia w takich idiotyzmach, ba, zwykle
wręcz ignoruje. Julka twierdzi, że zostawia mnie sobie na deser
i kiedy już o coś poprosi, to będzie naprawdę poważna sprawa.
Wolę się nie zastanawiać, co to miałoby być. Wkurzające jednak,
że z tego powodu inni trzymają się na dystans. A ja chciałabym być
jedną z nich. Jak Julka – bez oporów i granic szaleć do upadłego
i mieć poczucie, że jestem w tej paczce lubiana i akceptowana.
Znowu patrzę na moją przyjaciółkę – rozchichotana leży z Marcelem
pod kocem, a ich ruchy są jednoznaczne. Nadal mnie to
szokuje, choć już nie powinno. Tu nikt się nie powstrzymuje, seks
uprawiają praktycznie wszyscy i wszędzie. Mam nadzieję, że wkrótce
wreszcie też będę taka wyluzowana.
Nie, nie jestem całkiem święta – sporo już wiem o przyjemności,
jaką może poczuć ciało. Wciąż jednak to moje samotne doświadczenia
i nie mogę się już doczekać doznań, które w końcu da mi
jakiś seksowny facet.
Podnoszę szklankę do ust, ale fala mdłości każe mi ją odstawić
na stolik. Wstaję i przez moment się chwieję. Opieram rękę o oparcie
fotela, a gdy odzyskuję równowagę, ruszam w kierunku korytarza.
Szarpię za klamkę z nadzieją, że w łazience nikogo nie ma.
Wchodzę i zamykam drzwi na klucz. Opieram o nie głowę. Czuję
się naprawdę źle.
Staję przy umywalce, przemywam twarz zimną wodą. Mój wzrok
pada na zużyte prezerwatywy leżące na blacie. Z obrzydzeniem
zrzucam je na podłogę. Potem zerkam w lustro. Wyglądam okropnie
– zaczerwienione i podkrążone oczy, blada skóra, matowe,
splątane włosy. Muszę coś ze sobą zrobić. Za kilka godzin ma być
kolejna impreza, a ja zamierzam się na niej dobrze bawić.
Biorę długi prysznic, który mnie orzeźwia. Krew płynie szybciej,
skóra nabiera zdrowszego koloru. Owijam się szlafrokiem i idę do
sypialni, którą przedwczoraj zajęłam z Julką.
Na początku miałam opory – w końcu to nie mój dom oraz nie
moje rzeczy. Ale przyjaciółka wytłumaczyła mi, jak to funkcjonuje.
Jeśli starzy zostawiają komuś wolną chatę – a tak właśnie zrobili
rodzice jednego z chłopaków – to wiedzą, co to oznacza. Dlatego
nie mam już skrupułów: korzystam z kosmetyków matki Adka, noszę
należący do niej szlafrok i śpię w jej pościeli.
Wyciągam telefon z torebki. Chwilę się waham patrząc na ekran.
Może jednak powinnam zadzwonić? Mój ojciec – to znaczy człowiek,
który jest nim tylko pod względem biologicznym – pewnie
już osiwiał z nerwów. Ale w sumie – czy jest mi go żal? Nie, dobrze
mu tak.
Odkładam aparat i uśmiecham się pod nosem. Musiał się zdziwić,
kiedy zauważył, że telefon zostawiłam w domu. Nie ma pojęcia,
że kupiłam drugi. Naprawdę myślał, że się nie zorientuję, że
próbuje namierzać ten, który dostałam od niego? Teraz pewnie
mnie szuka, z tą swoją świętoszkowatą babą, która zgrywa miłą,
a tak naprawdę marzy o tym, żebym wróciła do Stanów.
Jasne, gdzieś tam w środku wiem, że powinnam dać mu znać, co
się ze mną dzieje. Ale jeszcze nie dziś. Może jutro. Albo pojutrze.
Niech się pomartwi. Niech ma kilka problemów w tym swoim idealnym
życiu.
Zakładam spodenki i koszulkę, a potem schodzę do kuchni. Muszę
w końcu coś zjeść.
– Tu jesteś – rozlega się za moimi plecami. Czuję czyjeś ręce na
biodrach. Odwracam głowę. – Jak się czuje nasza amerykańska
dziewczyna? – Marcel przyciąga mnie do siebie.
Odpycham go. Pachnie jeszcze perfumami Julki. Poza tym wiem,
że chce się tylko podroczyć. Gdybym próbowała go pocałować i zasugerowała,
że mam ochotę na coś więcej, od razu wycofałby się
zerkając nerwowo na Zimnego. Wiem, bo już próbowałam, z nim
i z Adkiem. Zachowują się tak, jakbym była dla nich owocem zakazanym.
Mam nadzieję, że na imprezie będzie inaczej – w końcu
pojawią się tam też inni ludzie, spoza tej paczki.
– Jestem głodna.
– Tost? – Zagląda mi przez ramię. – Daj spokój, zaraz coś zamówimy.
– Odsuwa się. – Hej, trzeba skombinować jakieś żarcie!
– krzyczy w stronę salonu.
– To skombinuj! – ktoś odpowiada.
Wzrusza ramionami, mruga do mnie i sięga po telefon.
– Trzy mega. Sery, pepperoni i hawajska. – Chichocze, kiedy się
rozłącza. – Ananaski damy Zimnemu, wścieknie się.
Potem łapie mnie za rękę i ciągnie do pokoju. Jest tu już więcej
osób i niektórych nie znam. Wszyscy się na mnie gapią.
– To Kate. – Julka wstaje z kanapy. – Moja przyjaciółka, Amerykanka.
– Obejmuje mnie. – A wy możecie się tylko poślinić. – Kiwa
palcem w stronę kilku chłopaków.
– Mówi po polsku? – pyta jeden z nich.
– Nie – odpowiada Julka w tym ich dziwnym języku. – Dlatego
dzisiejsza impreza jest tylko dla wykształconej elitki. – Mruży złośliwie
oczy, kiedy dodaje to po angielsku.
– Nie przeginaj – mówi Zimny podnosząc głowę znad telefonu.
– Niech dziunia się uczy polskiego. Ja nie mam ochoty rezygnować
z towarzystwa. – Kiwa ręką na jedną z dziewczyn, a ona ochoczo
siada mu na kolanach. Jego ręka natychmiast sunie po jej nagim
udzie, jednocześnie Zimny wyzywająco na mnie patrzy.
– W porządku. – Poklepuję Julkę po ramieniu. Jestem w Polsce
prawie miesiąc, więc przyzwyczaiłam się, że nic nie rozumiem.
No, prawie nic – sporo słów już wyłapuję, szczególnie tych wulgarnych
i opisujących, co ktoś chętnie by ze mną zrobił. – Pieprz się
– mówię po polsku do Zimnego. Nie zamierzam okazywać lęku czy
onieśmielenia. A pieprz się mam wyćwiczone perfekcyjnie – dzięki
Julce.
Po kilkudziesięciu minutach przyjeżdża dostawca z pizzą. Sięgam
po kawałek z pepperoni, zanim wszystkie znikną, i obserwuję
minę Zimnego, gdy na jego kolanach ląduje pudełko z hawajską.
– Ananasy poprawiają smak spermy – rechocze Marcel.
Zimny patrzy na niego. Mruży oczy, potem wstaje.
– Moja smakuje idealnie. – Popycha w stronę korytarza dziewczynę,
która siedziała mu na kolanach. – Ona to zaraz potwierdzi.
– Wychodząc rozpina spodnie.
Zaskoczona wytrzeszczam oczy, ale szybko się opanowuję. Naprawdę
nie powinno mnie to już dziwić. Jednocześnie próbuję zignorować
ukłucie podniecenia między nogami. Nie rozumiem tego.
Przecież nie chciałabym być na jej miejscu – nie w takiej sytuacji
i nie z tym człowiekiem. A może właśnie wręcz przeciwnie – tego
powinnam pragnąć?
Moje rozważania przerywa Julka.
– Chodź! – Przyjaciółka łapie mnie za rękę i ciągnie do sypialni.
– Musimy się przygotować.
Na środku pokoju wysypuje z torby stertę ciuchów i butów.
– Jak myślisz? – Sięga po krótką cekinową sukienkę i pręży się
przed lustrem przykładając ją do tułowia. – Mówi jasno: jestem
zdzirą, przeleć mnie?
– Absolutnie tak.
– A może spódnica i bluzka? – Podnosi kolejne rzeczy. Chwilę
obserwuje swoje odbicie, potem rozbiera się i zakłada je na siebie.
Spódniczka jest bardzo krótka, a top kończy się tuż pod biustonoszem
odkrywając płaski brzuch. – I jak? – Julka kręci się przed
lustrem.
– To zdecydowanie zdzirowate. – Chichoczę.
– Czyli idealnie. Chłopcy wymyślili zawody i musimy być lepsze
od tych dwóch panienek.
– Zawody?
– Jedziemy do zajebistego klubu. Wygrywa ta, która pierwsza
wyrwie faceta. – Julka rozgląda się marszcząc czoło. – Ty założysz
to… i to. – Wygrzebuje podobny zestaw: obcisła koszulka i króciutka
spódniczka. – Koniecznie je załóż! Będziemy się dzisiaj pieprzyć
z jakimiś zajebistymi gostkami – podśpiewuje pod nosem.
Niezbyt przekonana sięgam po ubrania. Będziemy się pieprzyć…
No cóż, ktoś pewnie będzie. Czy wreszcie ja? Zagryzam wargę
i ubieram się tak, jak mi każe. Patrzę na swoje odbicie. Przełykam
ślinę. Jestem nową Kate. Twardą, zdecydowaną i wolną. Taką, która
może zrobić laskę Zimnemu, jeśli zechce. I tą, która będzie się
pieprzyć w klubie. Nie zostało już nic z dawnej mnie.

2
Połowa czerwca – Nowy Jork
(jedenaście tygodni wcześniej)

James, nasz szofer, jak co dzień odbiera mnie ze szkoły. Zauważam,
że jest poważniejszy niż zwykle. Rzucam jakiś żarcik, ale zamiast
wybuchu śmiechu widzę w lusterku lekko skrzywione usta.
– Wszystko w porządku? – pytam zaniepokojona.
– Tak – odpowiada.
Czuję jednak, że coś ukrywa. Zerkam przez szybę na zatłoczoną
ulicę. Uderzam palcami w udo, potem nerwowo poprawiam
spódniczkę – klasyk, którego nie lubię, ale oczywiście poddaję się
trendom. Spodnie to obciach, zresztą nie tylko w szkole. Babcia zawsze
powtarza, że są dobre do fabryki, a nie dla kobiety z naszej
sfery. Podobnie sweterki – najbardziej lubię oversizowe bluzy, ale
mogę je nosić tylko na zajęciach sportowych. Więc co rano zakładam
grzeczną koszulę i jeszcze grzeczniejszy pastelowy kardigan,
a potem męczę się w tych niewygodnych dla mnie ciuchach. Czy
narzekam? Nie. To cena życia, jakie mogę wieść.
Odruchowo dotykam łańcuszka z wisiorkiem, który noszę od
kiedy pamiętam. Potem znowu zerkam na Jamesa.
– Coś z Olivią? Z Johnem? – pytam o ludzi, którzy mnie wychowują.
Zwracam się do nich po imieniu, bo nigdy nie chcieli, żebym ich nazywała
babcią i dziadkiem – twierdzą, że zawsze czuli się bardziej jak
moi rodzice.
James wpatruje się w szybę i zaciska ręce na kierownicy, jakby
toczył wewnętrzną walkę.
– Mają gości i atmosfera jest dość napięta – mówi w końcu.
– Gości? – dziwię się. Nie przypominam sobie, by wspominali,
że ktoś ma przyjechać. – Kto to? – Nachylam się, bo jestem coraz
bardziej zaciekawiona.
– Nie wiem, Kate.
Kłamie. Nie dość, że wie, to jeszcze mocno go ta wiedza stresuje.
Znam Jamesa bardzo dobrze, pracował dla mojego dziadka jeszcze
zanim się urodziłam. I dlatego odpuszczam, już nie drążę. Widzę
po jego minie, że i tak powiedział mi więcej niż powinien.
– Może ich już nie będzie – jeszcze cicho dodaje.
– Dziękuję. – Kiwam głową.
Nie chcę się denerwować czymś, co prawdopodobnie w ogóle
mnie nie dotyczy – bo wtedy pewnie bym wiedziała o tych gościach,
prawda? Sięgam po telefon i przeglądam wiadomości.
Amy – moja przyjaciółka – oczywiście musiała mi już podesłać
kilka szkolnych plotek. Ktoś po zajęciach kogoś pocałował na korytarzu,
a koleś z ostatniej klasy rozbił swój motocykl. Zaraz dostanie
nowy, więc w sumie nie wiem, czym się podniecać.
Parskam śmiechem, gdy czytam o podchodach jednej z dziewczyn
do szkolnego mistrza tenisa. Żałosne. Jak można się tak poniżać?
I to z powodu chłopaka? My z Amy nie musimy być zdesperowane.
Obie mamy swoich narzeczonych… no, dobrze, prawie
narzeczonych, ale to oznacza, że w szkolnym wyścigu o najlepsze
ciacha nie bierzemy już udziału. Uśmiecham się na myśl o Kellanie.
Jest taki słodki!
Zresztą tematy damsko-męskie nie są dla nas najistotniejsze,
jesteśmy ponad to. Dość grzeczne – nauka i pasje na pierwszym
miejscu, a potem długo, długo nic. Z naszymi chłopakami chodzimy
do kina i wymieniamy nieśmiałe pocałunki, ale seks jest wykluczony
– dopóki się z nami nie zaręczą. Nie imprezujemy, nie znamy
smaku wódki, o innych używkach nawet nie wspominam.
Przez to oczywiście nie należymy do tych najpopularniejszych
ekip w szkole, ale jesteśmy dość lubiane i szanowane. Dzięki sukcesom
– ja wygrywam prawie wszystkie konkursy fotograficzne,
a Amy wystawia swoje obrazy w coraz lepszych galeriach, no i naszym
rodzinom – obie pochodzimy ze starych nowojorskich rodów
od lat osadzonych w tutejszym towarzystwie.
W końcu Jamesowi udaje się przepchnąć przez korki i po kilkunastu
minutach przekraczam próg apartamentu, w którym mieszkam.
Odruchowo poprawiam jeden nieposłuszny kwiatek wystający
z perfekcyjnego bukietu stojącego na stoliku w holu.
Chcę krzyknąć: cześć!, ale zanim to robię, docierają do mnie jakieś
głosy. Goście, o których w limuzynie mówił James. Nieruchomieję
zaskoczona, bo nagle słyszę, że mój dziadek krzyczy. A on nigdy
nie podnosi głosu. Nie zrobił tego, gdy dowiedział się, że jeden
ze wspólników zdefraudował pieniądze. Ani gdy zniszczyłam jego
ukochany gramofon. Nic nigdy nie było w stanie wyprowadzić go
z równowagi.
Teraz jednak jest inaczej, więc zamiast iść do swojego pokoju,
robię coś niedopuszczalnego. Zsuwam ostrożnie czółenka ze stóp
i na palcach skradam się w stronę gabinetu. Drzwi są zamknięte,
ale słyszę wszystko całkiem dobrze.
– Nie możecie, nie macie prawa! Zniszczę was! – To mój dziadek.
Potem słyszę płaczliwy kobiecy głos, którego nie rozpoznaję:
– Nie odejdę, tak tego nie zostawię!
Mrugam próbując zrozumieć, o czym rozmawiają. Kątem oka
widzę ruch na końcu korytarza. Zerkam w bok. To Greta, nasza
gospodyni i moja dawna niania. Patrzy na mnie, chce coś powiedzieć,
ale ja kręcę głową. Kładę palec na wargach. Przerażona zakrywa
dłonią usta i cofa się do kuchni. Moje płuca ściska lodowata
obręcz, przez chwilę brakuje mi tchu. Czuję, że dzieje się coś strasznego,
ale nie mam pojęcia, o co może chodzić.
– Nigdy nie może się dowiedzieć! – znowu podniesiony głos Johna.
– Zgadzam się. Zniszczycie jej życie – to babcia. Jak zwykle zimna
i opanowana.
Słyszę szloch, a potem nieznany męski głos:
– Zgodziliśmy się na to, ale dość. Nie może żyć nie znając prawdy.
I znowu ta kobieta:
– Zostało mi tylko kilka miesięcy. Chcę odejść ze świadomością,
że ona wie. Ma ojca i sama powinna zdecydować, co z tym zrobić.
Tracę oddech, zataczam się. O kim oni rozmawiają? Na pewno
nie o mnie, mój ojciec nie żyje. Zginął w wypadku, razem z mamą,
kiedy miałam niecały rok. Przebłyski w głowie. Jej grób. Kwiaty,
które co miesiąc tam zanoszę. I miejsce pochówku taty w Anglii,
które tylko sobie wyobrażałam, bo nigdy jeszcze nie byłam za oceanem…
Głosy cichną, słyszę szuranie krzesła. Na drżących nogach uciekam
do swojej sypialni. Wkopuję się pod kołdrę i zakrywam głowę
poduszką. Nie lubię wspomnień o moich rodzicach, bo tak naprawdę
ich nie mam. Wszystko, co wiem, usłyszałam od innych.
Ale moje myśli i tak podążają własnymi ścieżkami. Thomas i Emily.
Bardzo się kochali i byli szczęśliwi, że mnie mają.
Wiele razy fantazjowałam o tym, jak mogłoby wyglądać moje
życie. Może miałabym siostrę podobną do Amy? Mieszkalibyśmy
w pięknym domu z dużym ogrodem, z kilkoma kotami i psami.
Mama przytulałaby mnie przed snem, a tata zabierał na mecze baseballa,
który bardzo lubię…
Jasne, z Johnem i Oliwią też tak jest. Prawie. Babcia mnie nie
przytula, ale czasem głaszcze po głowie, a z dziadkiem regularnie
chodzę na pole golfowe. No i nie mam siostry, choć to wynagradza
mi moja cudowna przyjaciółka. Uśmiecham się. Na moment zapominam
o awanturze w gabinecie.
Potem jednak słyszę kroki pod drzwiami. Odsuwam kołdrę i siadam
na łóżku. Ktoś puka.
– Kate, podobno już wróciłaś?
– Tak – odpowiadam walcząc z drżeniem w głosie. Znowu czuję
niepokój, choć nie mam pojęcia, jakie jest jego źródło.
Olivia, jak zwykle wyprostowana, z nienagannym makijażem
i idealnie ułożonymi włosami, wchodzi do mojego pokoju. Stara się
uśmiechać, ale jej oczy są skupione i poważne.
– Dawno wróciłaś?
– Jakiś czas temu – próbuję przybrać obojętny ton. – Musiałam
się położyć, od rana boli mnie głowa. – To słowo-klucz, sugerujące,
że mam te dni i należy dać mi spokój.
– Poproszę Gretę, żeby przyniosła ci tabletkę.
– Nie, dziękuję, w końcu mi przejdzie.
– Idziemy z Johnem na spotkanie w kancelarii. Masz jakieś plany
na dziś?
– Pouczę się. – Macham ręką w stronę idealnie uporządkowanego
biurka.
– Dobrze, kochanie. – Podchodzi do mnie i poprawia mi włosy.
Zamyślona głaszcze po policzku. – Bardzo cię kochamy – mówi.
Potem odwraca się i wychodzi.
Zszokowana opadam na łóżko. Ostatnio słyszałam te słowa,
gdy miałam dwanaście lat i wyłam z powodu złamanej ręki. Jesteś
dzielna, kochamy cię…
Mój niepokój narasta, gdy chwilę później idę do kuchni i po drodze
zerkam przez otwarte drzwi do gabinetu Johna. Siedzi przy
biurku, opiera twarz o dłonie, a jego ramiona drżą, jakby płakał.
Spanikowana cofam się i wracam do swojego pokoju. Teraz już jestem
pewna, że dzieje się coś bardzo złego.

3
Koniec sierpnia – Warszawa

Wysiadam z Julką z taksówki i chwilę czekamy, aż podjadą kolejne.
Odrobinę się chwieję na bardzo wysokich obcasach, do których
wciąż nie mogę się przyzwyczaić. Moja przyjaciółka jednak twierdzi,
że to must-have, jeśli chce się złapać fajnego gościa. A ja chcę.
Dlatego poprawiam obcisłe ubrania i prostuję się.
– Właśnie tak! – Julka poklepuje mnie po ramieniu. – Pamiętaj,
jedna z nas musi wygrać. – Chichocze. – Ale nie zapomnij o zasadach:
omijasz naszych, chyba, że później. Choć Zimny i tak wolałby
mnie, a reszta to amatorzy. – Śmieje się.
Biorę głęboki oddech. Amatorka jest tu jedna, ale mam nadzieję,
że już niedługo.
Wreszcie wchodzimy do środka. Z zainteresowaniem rozglądam
się po klubie. Widziałam wielki napis przy wejściu, że wstęp jest
dozwolony od dwudziestu jeden lat, ale nikt nas nie poprosił o dokumenty.
Towarzystwo jest różne, wszystkich łączy luz. Duży luz.
Przełykam ślinę obserwując jedną z obściskujących się par. Czy
w Nowym Jorku też tak wygląda zabawa? Czy Kellan, mój były już
chłopak, na imprezach szalał jak faceci tutaj? Krzywię się z obrzydzeniem.
Jasne, że tak. Oszukiwał mnie i zdradzał, a ja naiwnie
wierzyłam, że byłam jego ukochaną, jedyną dziewczyną.
Wspomnienia dają mi motywację do działania. Mam tu kogoś
wyrwać, żeby wygrać zakład, więc to po prostu zrobię. I potem będę
się głośno chwaliła swoim podbojem podczas skacowanego poimprezowego
śniadania.
Siadamy w loży, którą mieliśmy zarezerwowaną. Po chwili na
stole lądują szklanki z drinkami. Ktoś wciska mi jedną w rękę, wypijam
szybko ponad połowę. Potrzebuję rozluźnienia i odwagi.
– To jak? Wygrasz dzisiaj? – Zimny patrzy na mnie.
W pierwszym odruchu mam ochotę grzecznie odpowiedzieć: postaram
się. Żałosna, dawna Kate.
– A jak myślisz? – Oblizuję usta i patrzę na niego prowokująco.
– Że nie. Jesteś za słodka.
Jego słowa brzmią jak obelga. Moja przeklęta twarz. Tak, wiem,
że jestem słodka. Mam wielkie niebieskie oczy i wydatne usta,
a kształt podbródka oraz policzków sprawia, że wyglądam jak uosobienie
niewinności. Próbuję sobie dodawać lat i powagi makijażem,
ale brakuje mi jeszcze pewności w zachowaniu.
– To się okaże – odpowiadam. Rozglądam się po sali. Nasze rywalki
już wyruszyły na łowy. Tańczą wyginając swoje szczupłe ciała;
uśmiechają się zalotnie do mężczyzn, którzy je otaczają.
– Chodź! – Julka ciągnie mnie w ich stronę. Zaczyna się poruszać
i jest naprawdę niezła. Próbuję naśladować jej gesty, choć wiem,
że nie najlepiej mi to wychodzi. Szybko jednak czuję czyjeś ciało
przyciskające się do moich pleców, a ręka obejmująca talię pomaga
mi utrzymywać właściwy rytm. Nie mam pojęcia, kto mnie przytula,
ale pełen akceptacji uśmiech Julki mówi, że jest okej. Tańczę
więc, pozwalam na dotyk i bliskość. Wokół jest coraz więcej ludzi –
podrygujemy, bawimy się, czasem w większej grupie, czasem solo.
Po kilkudziesięciu minutach czuję już duże zmęczenie i rozglądam
się. Julka siedzi na kolanach jakiegoś faceta w naszej loży. Idę
w tamtą stronę.
– Wskakuj tutaj. – Przystojny brunet zajmujący miejsce obok
nich wyciąga rękę. Mówi po angielsku.
– Uprzedziłam. – Julia się śmieje i całuje w policzek mężczyznę,
który ją przytula. – To Grzegorz, a to Kacper. Korposzczury. – Chichocze.
Wyglądają na trochę starszych od nas, ale to chyba nawet lepiej.
Siadam Kacprowi na kolanach. Przytrzymuje mnie za biodra.
– Pięknie pachniesz. – Wciąga głośno powietrze.
– Dzięki.
– Czego się napijecie?
Julia odpowiada za mnie, a ja szukam wzrokiem reszty ekipy.
Widzę kilku chłopaków oraz Zimnego, który rozmawia z jakąś
dziewczyną przy barze. Potem bierze ją za rękę i idzie w stronę toalet.
Na moment nieruchomieję. Niedługo ja też to zrobię. Złapię
dłoń mężczyzny, albo on moją, i tam pójdziemy. Paraliżuje mnie
strach. Naprawdę tego chcę? Dam radę? Zaciskam oczy. Chcę i poradzę
sobie. Nie wierzę, że to aż tak trudne.
– Spięta jesteś – słyszę szept za plecami. – Masz. – Facet bierze
moją dłoń i otwiera, a potem kładzie na niej dwie tabletki. Zerkam
na niego z wahaniem. – Wyluzuj – słyszę.
Obok natychmiast pojawia się druga ręka.
– A ja? – Julka też dostaje pastylki. Od razu pakuje je do ust
i popija drinkiem.
Nie mam wyjścia. Robię to samo. Trochę się krzywię, ale skoro
dzięki nim zabawa ma być lepsza?
Kacper mnie odwraca. Siedzę teraz bokiem, a on przytrzymuje
mi brodę. Patrzy na moje usta i przybliża się. Pierwsze zetkniecie
naszych warg jest dla mnie wstrząsem. Może dlatego, że następuje
tak szybko i niespodziewanie? A może, bo tak się tego bałam?
Nigdy nie całowałam się z kimś, kogo w ogóle nie znam.
Poruszam językiem, próbuję znaleźć w takiej bliskości przyjemność
i podniecenie. Nie jest źle. A gdy przestaję myśleć i analizować
– nawet całkiem okej. Kacper smakuje whisky, którą pił, czuję
też papierosy. Nie lubię ich, ale sama czasem palę – bo wszyscy to
robią. Coraz odważniej przesuwam językiem po wnętrzu jego ust,
gdy nagle zastygam. Ręka mężczyzny wsuwa się pod moją spódnicę
i śmiało zmierza między nogi.
– Spokojnie, będzie jeszcze przyjemniej – Kacper szepcze z półprzymkniętymi
oczami. Znowu mnie całuje. Mocno dociska do siebie
i jednocześnie wkłada rękę pod majtki.
W pierwszym odruchu chcę się wyrwać, ale przecież nie mogę.
Nie ja, nowa Kate. Walcząc ze wstydem rozchylam odrobinę uda
i pozwalam się dotknąć. Mężczyzna porusza dłonią. Zastygam zszokowana.
Nikt mnie w taki sposób nie dotykał. Nawet Kellan. A teraz pozwalam
na to zupełnie obcemu kolesiowi. Ale w końcu o to właśnie
mi chodzi. I nawet czuję lekkie podniecenie, kiedy mnie dotyka.
Wzdycham. Mężczyzna cofa rękę i wkłada palce do ust.
– Zaraz będziesz gotowa. – Tym razem już mniej subtelnie wraca
między moje nogi.
Jednak panikuję. Zaciskam uda.
– Przepraszam na moment! – Wyrywam się i staję na trzęsących
się nogach. Patrzę na Julkę, a raczej na jej głowę, która unosi się
rytmicznie nad biodrami tego drugiego faceta.
– Muszę do toalety – mówię. Chwiejnie sunę w stronę bocznego
korytarza. Jestem podniecona, ale jednocześnie przerażona. Próbuję
się uspokoić, niestety to, co dzieje się wokół, wcale mi nie pomaga.
Mijam całujące się pod ścianami pary.
W niedużej wnęce migają mi nagie pośladki jakiegoś faceta,
a w kącie toalety, do której w końcu docieram, widzę Zimnego. Stoi
oparty plecami o kafelki, patrzy na mnie i jednocześnie dociska głowę
dziewczyny do swojego podbrzusza.
– Wygrałaś? – pyta przez zaciśnięte zęby.
– Nie, jeszcze nie – odpowiadam jak automat. Nie mogę oderwać
oczu od jej ust przesuwających się po jego penisie.
– Chciałabyś? Nie będzie się liczyć… – mówi między kolejnymi
sapnięciami – ale możesz mi possać, niezależnie od tego.
Spanikowana kręcę głową.
– Ja tylko… – Szarpię za drzwi kabiny. Jedne są zamknięte, na
szczęście drugie się otwierają. Siadam na ubikacji i głęboko oddycham.
Coraz bardziej kręci mi się w głowie. Jednak z uporem powtarzam
w myślach: dasz radę!
Kiedy wychodzę, w toalecie są już tylko jakieś dwie dziewczyny.
Myję ręce, potem wracam do stolika. Mój znajomy leży na siedzeniu
loży i cicho pochrapuje. Czyli jednak jeszcze nie dziś. Odczuwam
ulgę. Julka śmieje się głośno na mój widok.
– Kolega odpadł, ale ten tutaj chce nas obie. – Wstaje i razem
z nim ciągną mnie w kierunku tańczących ludzi. To jestem w stanie
robić. Mogę kołysać się, podrygiwać i pić kolejne drinki, które
wkładają mi w ręce. Nie kontroluję już ilości alkoholu, który w siebie
wlewam. Jest mi też obojętne, kto mnie dotyka, albo co wykrzykuje
Julka, gdy robi nam co chwilę selfie. Na moment przytomnieję,
kiedy ktoś mnie obejmuje i popycha w stronę korytarza.
– Chodźcie, śliczne – słyszę ochrypły głos.
Grzegorz prowadzi nas do toalety. Julka wisi na jego ramieniu
i chichocze jak oszalała. Ja chciałabym się wyrwać, ale nie mam na
to siły. Mój umysł jeszcze pracuje, niestety ciało już nie słucha.
W łazience mężczyzna wpycha nas do kabiny.
– Która pierwsza? – Patrzy na nas rozpinając spodnie.
Przerażenie, które mnie ogarnia, jest tak potężne, że tracę
równowagę. Podpieram się o Julkę i o ścianę, a potem opadam na
kolana. Pochylam głowę nad sedesem. Słyszę jeszcze tylko:
– Skoro ona nie, to ty się odwracaj, już!
Naprawdę o to mi chodziło? Wyrzucam z siebie zawartość żołądka,
słysząc jednocześnie jęk faceta. Przekręcam się. Widzę zgiętą
nade mną Julkę opierającą się rękami o ścianę, i nogi stojącego za
nią mężczyzny, który raz za razem uderza biodrami o jej pośladki.
Znowu fala mdłości, kolejny skurcz wnętrzności. Próbuję zapanować
nad zawrotami głowy, ale poddaję się. Ogarnia mnie ciemność.

4
Połowa czerwca – Nowy Jork
(jedenaście tygodni wcześniej)

Od godziny siedzę w swojej sypialni i nie mam odwagi z niej
wyjść. Czuję narastający niepokój, ale nadal nie wiem, co go powoduje.
Zagląda do mnie Greta z pytaniem, czy chcę coś zjeść. Kręcę
głową.
– Wyszli już?
– Tak – potwierdza. – Wrócą dopiero na kolację.
Kilka godzin. W moim mózgu rodzi się plan. To dość czasu, by
się czegoś dowiedzieć. Zerkam na Gretę. Będzie bardziej lojalna
w stosunku do mnie, czy do nich?
– Chcę coś zrobić, a ty nie powinnaś być tego świadkiem.
Przerażona wytrzeszcza oczy.
– Muszę. – Podnoszę się i ruszam w stronę gabinetu dziadka.
– Nie rób tego, Kate! – słyszę za sobą błagalny głos.
Unoszę kącik ust. Olivia zawsze chciała, żeby służba mówiła do
mnie panienko, ale nie mogłam tego znieść. Czułam się z tym źle,
szczególnie na placach zabaw, gdzie spędzałyśmy razem z Gretą
dużo czasu. Inne opiekunki wołały dzieci po imieniu i ja też tak
chciałam. W końcu udało mi się ją przekonać, choć do dziś w obecności
babci częściej mówi znienawidzone panienko niż Kate.
Zwalniam na moment.
– Idź stąd i uznaj, że nic nie widziałaś.
– Kate, będziesz tego żałować.
Mrużę oczy i przekrzywiam głowę. Wbijam w nią wzrok. Skoro ta
cała sprawa mnie nie dotyczy, to dlaczego mam czegokolwiek żałować?
Greta głośno wzdycha. Przez moment wygląda jakby chciała
coś jeszcze powiedzieć, ale w końcu bez słowa idzie do kuchni.
Otwieram drzwi gabinetu. Znam go doskonale. Dawniej dziadek
często pozwalał mi się w nim bawić. Potem, gdy podrosłam, poprosił,
żebym nie wchodziła tu bez pozwolenia. Przyjęłam to do wiadomości
i przestrzegałam zakazu, bez żadnej refleksji. Dlaczego?
Teraz się rozglądam. Niewiele tu zmian. Na ścianie wisi inny
obraz, rolety są jaśniejsze, a poduszka na krześle bardziej wygnieciona.
Reszta wygląda tak samo. Nawet książki na półkach stoją
w kolejności, którą zapamiętałam.
Podchodzę do biurka, zagłębiam się w wygodnym fotelu. Zauważam
niesprzątnięte jeszcze kieliszki i szklanki stojące na stoliku pod
oknem. Whisky, whisky, koniak, wino. Cztery osoby. Moi dziadkowie
i…? Patrzę na biurko. Ostrożnie przekładam kilka dokumentów,
które na nim leżą. Dotyczą jakiejś spółki. Nie ma w nich nic,
co mogłoby mnie zainteresować.
Mnie? Znowu się zastanawiam. Przypominam sobie słowa, które
usłyszałam: Ma ojca i sama powinna zdecydować, co z tym zrobić.
A potem widzę scenkę. Krótko po moich ósmych urodzinach jedziemy,
jak co miesiąc, na grób mamy. Na cmentarzu jest kobieta,
stoi z dzieckiem nad niewielkim nagrobkiem i mówi: Powiedz tacie
o dzisiejszym medalu. Zatrzymuję się i pytam babcię: A gdzie jest
grób mojego taty? Zaniepokojona wymiana spojrzeń. W Anglii
– pada odpowiedź. Chcę tam jechać. – Podskakuję na myśl o wycieczce.
Pojedziemy, kiedyś. – Dziadek głaszcze mnie po głowie.
Oczywiście nie pojechaliśmy. Nie widziałam nawet zdjęcia
z cmentarza. I nigdy mnie to nie zastanowiło. Bez żadnej refleksji,
znowu. Niepokój w moim wnętrzu narasta, ale nadal nic konkretnego
nie przychodzi mi do głowy.
Patrzę na gabinet oczami dziadka. Gdyby chciał coś przede mną
schować, gdyby podejrzewał, że jednak nie jestem tak grzeczną
i posłuszną dziewczynką, za jaką mnie uważa?
Książki? Wstaję i podchodzę do ściany zabudowanej wysokimi
regałami. Nie. Wie, że zawsze dużo czytałam i nawet opasłe tomy
prawnicze mogłyby wzbudzić moje zainteresowanie.
Sejf w biurku? Na pewno dobre miejsce, ale odsuwam na razie
tą możliwość, bo z jego otwarciem sobie nie poradzę. Może jednak
gdzie indziej?
Szuflady. Kilka jest zamkniętych, więc od razu skupiam na nich
uwagę. Klucze, gdzie mogłyby być? Rozglądam się. Nie wierzę,
że dziadek nosi je przy sobie. Chwilę kombinuję, zerkam w kilka
miejsc – do barku, za ramę obrazu… W końcu mój wzrok pada na
przybornik stojący na blacie. Marszczę brwi. To byłoby za proste.
Mimo to pochylam się i po chwili spod pęku długopisów wygrzebuję
kilka małych kluczyków spiętych jednym kółkiem.
Po kolei próbuję, aż w końcu wszystkie trzy szuflady są otwarte.
Najpierw robię zdjęcia telefonem, żeby schowane w nich przedmioty
zostawić w dokładnie takim samym ułożeniu. Potem ostrożnie
przeglądam zawartość.
Czuję się niezręcznie, szczególnie kiedy w jednej znajduję kilka
czasopism dla dorosłych. Nie jestem już jednak dzieckiem i choć
wyobrażanie sobie dziadka jako faceta z klasycznymi potrzebami
nie jest najłatwiejsze, to uśmiecham się pod nosem na myśl o tym,
że przynajmniej są w nich kobiety, a nie faceci – jak w szafce nocnej
ojca mojej szkolnej koleżanki.
Przeglądam parę dokumentów, aż trafiam w środkowej szufladzie
na zdjęcia w drewnianym pudełku. Rozsiadam się na podłodze
i opieram plecami o bok biurka. Fotografii jest kilkanaście, a na
wszystkich moja mama – sama, ze mną, albo ze mną i z moim tatą.
Są tacy szczęśliwi! Znam te zdjęcia, zresztą w pokoju mam jedno
z nich – trzymają mnie objęci na jakiejś plaży. Wiatr rozwiewa włosy
mamy, a tata przytrzymuje mi śmieszny kapelusik. Jak zwykle
się wzruszam, gdy na nie patrzę, a pod powiekami czuję łzy.
Ma ojca i sama powinna zdecydować, co z tym zrobić. Odkładam
fotografie. Coraz bardziej drżą mi ręce. Sięgam głębiej, trafiam
na zwykłą papierową teczkę. Otwieram i przeglądam kartki, które
w niej są.
Akty urodzenia – mój i rodziców. Przesuwam palcami po imionach
– Emily Wright, Tomasz Bergson. Tomasz? Zawsze mówiono
mi, że nazywał się Thomas…
Jakieś pismo podpisane przez Andrzeja i Annę Bergsonów.
Chwilę zastanawiam się, kim mogą być. Nagle doznaję olśnienia,
a jednocześnie paraliżuje mnie myśl o własnej głupocie. Nigdy nie
interesowałam się moimi dziadkami ze strony ojca? Szukam w pamięci
jakiejś informacji, rozmowy na ich temat. Nic. Tylko niejasne
wrażenie, że nie żyją. Ktoś mi to powiedział, czy sama tak założyłam
nie mając z nimi żadnego kontaktu?
Przelatuję wzrokiem dokument, coś o poufności i inne takie.
Odkładam go, sięgam po kolejną kartkę. Zaczynam czytać, ale nie
potrafię poszczególnych słów złożyć w sensowną całość. Moje ręce
się trzęsą, opieram je o kolana. Próbuję jeszcze raz. Zrzekam się
praw do córki…
Zaciskam oczy. Kiedy po długiej chwili je otwieram, czytam całe
zdanie ponownie, i potem jeszcze raz. Przerzucam wzrok na datę.
Nie rozumiem. Gwałtownie szukam w stosie odłożonych kartek tej,
którą świadomie pominęłam. Akt zgonu Emily Wright. Wpatruję
się w termin sporządzenia. Niemożliwe. Błąd. Ktoś się pomylił. Mój
ojciec nie mógł się zrzec praw do córki, skoro już nie żył, bo zginął
razem z mamą.
Ma ojca i sama powinna… Tracę oddech. Jestem sparaliżowana
strachem, a moje płuca nie chcą współpracować. Przymykam oczy,
przed którymi już i tak widzę tylko białą plamę.
Chyba zemdlałam, bo kiedy przytomnieję, leżę na boku, z policzkiem
wtulonym w dywan. Przez kilka sekund próbuję się zorientować,
co robię na podłodze w gabinecie dziadka. A potem wszystko
sobie przypominam.
Sięgam po rozsypane kartki i czytam jeszcze raz. Nie ma wątpliwości.
Tomasz Bergson podpisał dokument kilka miesięcy po swojej
śmierci. Już wiem, co to oznacza, ale jeszcze nie wierzę. Jeszcze
prawda do mnie nie dociera. Czuję, że zaraz się rozsypię. Ratunkiem
jest koncentracja na działaniu – muszę poukładać wszystko
tak, by nikt się nie zorientował, że ktoś tu grzebał.
Szybko robię zdjęcia papierów – jeszcze nie wiem po co – a potem
je chowam. Zamykam szuflady, odkładam kluczyki na miejsce.
Wychodzę z gabinetu jak robot, na sztywnych nogach, ściskając
kurczowo telefon w rękach.
– Kate… – słyszę za plecami.
Zatrzymuję się na moment.
– Wiedziałaś?
Greta nie odpowiada. Biegnę, wpadam do swojej sypialni i zamykam
ją na nigdy wcześniej nie używany klucz. Rzucam się na
łóżko i dopiero wtedy wszystkie emocje wyłażą na wierzch. Łzy
ciekną mi po twarzy, a ja walę pięściami w materac. Mój idealny
świat przestał istnieć.